Hodowla kiełków koniczyny dla bystrzaków

W dzisiejszym poście przedstawię Państwu krótkie podsumowanie relacjonowanej na facebookowym fanpage’u uprawy koniczyny.


Pierwszego dnia, wieczorem, dokładnie wypłukałam ziarenka i odłożyłam na około 10 godzin, by napęczniały. Nazajutrz, z samego rana, przełożyłam je na kiełkownicę. Okazuje się jednak, że popełniłam pewien błąd – nałożonych przeze mnie nasion było stanowczo za dużo. Być może spowodowało to, że nie osiągnęły jakichś spektakularnych rozmiarów (ale i tak były smaczne). Zamieszczam więc zdjęcie, żeby wiedzieli Państwo, ile NIE sypać:) .

Przez następne dni kiełki siedziały sobie w kiełkownicy i rosły. I to dosyć wolno. Okazuje się bowiem, że koniczyna w kwestii nabierania rozmiarów jest zdecydowanie długodystansowcem. Optymalną wysokość uzyskała dopiero po tygodniu.
(Moim skromnym zdaniem tydzień, to jak na kiełki wcale nie jest długi dystans… Taka cebula np. rośnie minimum 2 tygodnie ;) – przyp. Marcin)

Ale wracając do kwestii uprawy – kilkakrotnie zmieniałam miejsce, w którym stała kiełkownica, nie odbiło się to specjalnie na jakości kiełków. Dodatkowo mniej więcej w połowie całego procesu biedne ziarenka zaliczyły upadek z parapetu. Nic im się jednak nie stało i ułożone z powrotem na sitku kontynuowały wzrastanie. Nic nie spleśniało, nic nie obeschło. Wnioskuję stąd, że koniczyna nie jest specjalnie wymagającą roślinką :)

Ostatnią, zasadniczą dość kwestią, jest smak wyhodowanych przeze mnie kiełków. Są dość delikatne i orzeźwiające. Marcin powiedział, że można je porównać z kiełkami lucerny :)

Mam nadzieję, że moje spostrzeżenia do czegoś się Państwu przydadzą. Gorąco namawiam do hodowania koniczyny (bo to naprawdę proste!) i dzielenia się z nami swoimi wrażeniami :)

Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz