Archiwa kategorii: zdrowie

Kiełki a karmienie.

Było o ciąży zatem z czasem przychodzi i dalsza część radości. Karminie piersią jest wbrew pozorom bardziej restrykcyjne żywieniowo niż sama ciąża, choć to właśnie o żywieniu w ciąży więcej się  mówi. Niestety w kwestii żywienia  się mam karmiących panuje straszliwy bałagan a poszczególne zalecenia najczęściej się wzajemnie wykluczają. no i przede wszystkim nie jest to sprawa prosta.

Czy kiełki nadają się dla karmiących? Ogólnie tak, ale bywają wyjątki.  Podstawowy polega na alergiach i pomijam tutaj to, że sama mama może być alergiczką.  Istnieje też ryzyko iż zbyt wczesne podanie pokarmu (również pośrednio, właśnie przez pierś) może uczulić maluszka. Ryzyko jest tym większe im więcej alergików w rodzinie a jeśli mama jest uczulona na produkty spożywcze to ryzyko jest dość spore. Ale ostrożność najczęściej wystarczy i uważne obserwowanie czy po wprowadzeniu nowych smaków nie ma reakcji alergicznej.

 

No ale jest to część głównie dla rodzin alergicznych, choć nawet niealergicy powinni pamiętać, ze pszenica na przykład jest bardzo silnym alergenem. Uważać też należy na soję, kukurydzę czy słonecznik. Ale to nie znaczy, że są w ogóle zakazane przy karmieniu. Po prostu wprowadza się je stosunkowo późno i w małych ilościach a jeśli u dziecka nie wystąpią zmiany alergiczne to można śmiało zajadać.

 

Jednak alergia to tylko jeden z niuansów wczesnego macierzyństwa/tacierzyństwa. Oczywiście tatusiowie nie karmią i zjadać mogą wszystko co lubią, jednak niewysypianie się dotyczy obojga rodziców, a bywa bardzo przykre gdy na przykład pojawią się wzdęcia…  Jeśli maluszek nie ma skłonności do alergii niestety mama karmiąca i tak powinna się pilnować.

Kiedyś doszłam do wniosku, że mając maleństwo przy piersi mama ma do wyboru: albo się zajadać, albo wysypiać. Bo oczywiście można jeść co się chce ale wtedy trzeba się liczyć z kolkami, nieprzespanymi nocami lub dniami z dzieckiem na rękach. Warto zatem spojrzeć na to co mamy na talerzy by choćby zminimalizować ryzyko tych wątpliwych, acz nieuniknionych w sumie atrakcji.

 

Po pierwsze strączki: na szczęście kiełki strączków są lżej strawne niż same nasiona, jednak trzeba pamiętać, że w bardziej wrażliwych brzuszkach i tak mogą wywołać nieprzyjemności. Z drugiej strony takie strączki są świetnym preludium przed wprowadzeniem do diety właśnie samych strączków. Na sam początek polecam soczewice, na sam koniec grochy i soje.

 

Po drugie ostre kiełki: niestety tego lepiej się przy karmieniu piersią wystrzegać a szczególnie przez pierwsze 3 miesiące a nawet pół roku. Potem, gdy maluszek sam zaczyna poznawać inne smaki możemy powoli wprowadzać je do diety, jednak na sam początek odradzam.

 

Po trzecie przyprawy: tych karmiąc raczej oszczędzamy a to często powoduje, ze  posiłki są mdłe i niesmaczne. Ale nie ma co się katować. Z pomocą przyjdzie kozieradka czy niewielkie ilości rzodkiewki (ale naprawdę niewielkie). Tak więc choć kiełki nie zastąpią wszystkich przypraw, to jednak pomogą uatrakcyjnić jałowe zazwyczaj żywienie mamy karmiącej, szczególnie w pierwszych miesiącach.

 

Jeszcze jest kwestia pszenicy… Bo działa ona przeczyszczająco gdy zjada się jej więcej, ale trzeba pamiętać, że to działanie nie tylko dotyczy mamy ale i dziecka. Zatem pszenicę tez polecam wprowadzać później niż wcześniej.

 

Ale jest na szczęście wiele innych kiełków, które możemy spokojnie zajadać jeśli tylko nie mamy na nie uczulenia.

Koniczyna:  jest smaczna, łagodna w smaku i zdecydowanie pomocna kobietom.

Brokuły: niezwykle odżywcze i choć lekko ostrawe w smaku to jeśli z nimi nie przesadzimy w iloci to powinny być bezpieczne tak dla małego brzuszka.

Facelia: również łagodna w smaku a jedynym przeciwwskazaniem są alergie (uwaga dla uczulonych na trawy)

Burak: niezwykle cenny dla mam a przy tym bezpieczny dla maluszka. Zdecydowanie godny polecenia.

Lucerna: kolejna bomba odżywcza i znów jedynie alergia może być przeciwwskazaniem.

 

Zatem choć żywienie mam karmiących objęte jest koszmarna wprost ilością obostrzeń, to warto w nim pamiętać o kiełkach. Nie wszystkich i nie na raz, ale zdecydowanie nie tylko umilą posiłki ale i wzmocnią organizm. A tego zdecydowanie potrzeba.

Kiełki dla cieżarnych.

TO zdecydowanie dobry pomysł. Nawet bardziej niż dobry, bo o tym, że zawierają dużo wartości odżywczych to już pisałam nie raz łącznie z wyszczególnieniem co gdzie i ile. Ale są inne wyjątkowe właściwości kiełków, czyniących z nich niezastąpiony dodatek żywieniowy dla ciężarnych.

Panie które znają ciężar takiego brzucha doskonale zrozumieją o czym piszę.

 

1 – Wieczne podjadanie. Sławetne napadówki ciężarnych nie są przypadkowe.  Najczęściej to organizm woła nam o niezbędne składniki, jednak człowiek przyzwyczajony do dzisiejszych substytutów żywieniowych wypełnia się byle czym. Tak wiec gdy mamy ochotę na słodkie nie zapychajmy się  złodziejską sacharozą ale zjedzmy słodkie jabłko czy też garść siewki kukurydzy. I tak właściwie z każdym smakiem, bo nie o sam smak przecież chodzi ale o konkretne wartości jakie teoretycznie za nim się kryją.

2 – Zamiast tabletek.  Nie wszystkim odpowiada syntetyczna suplementacja a jednak w czasie ciąży jest wiele składników  na których jest zwiększone zapotrzebowanie.   Co istotne wiele z nich znajduje się właśnie w kiełkujących roślinach zatem można swobodnie uzupełnić potencjalne braki przy pomocy kiełków. Na przykład kwas foliowy znajdziemy w kiełkach brokuła, zaś zapotrzebowanie na białko możemy zaspokoić kiełkami soczewicy czy fasoli mung.

3 – Woda. Zdecydowanie sporo płynów potrzeba w tym czasie a kiełki zawierają w sobie około 90% wody a nawet więcej. To powoduje, że nawet jeśli z jakiś powodów mamy kłopoty z wypijaniem odpowiedniej ilości płynów, to podjadanie tak „wodnistych” produktów zdecydowanie korzystnie wpływa na nawodnienie organizmu.

4 – Dbałość o linię. Oj tak, mit o tym jak strasznie dużo tyje się w czasie ciąży jest straszliwy i niestety niejedna mama ulegając swym zachciankom rzeczywiście przybiera na wadze w większej ilości kilogramów niż sama ciąża by wskazywała. I tutaj znów kiełki są pomocne, bo choć są niezwykle wartościowe, to jednak w sumie to sama woda, zatem ryzyko utycia nie jest tak wysokie jak przy podjadaniu innych przekąsek.

5 – Miejsce w brzuchu. Rzecz którą odczuwa się dopiero w 3 trymestrze, ale jest zdecydowanie istotnym czynnikiem. Gdy maleństwo rośnie zaczyna powoli brakować miejsca na nasze własne narządy. Nagle oddychamy płycej, zjadamy mniejsze ilości, częściej czujemy głód a wszystko dlatego, że jest za mało miejsca na wszystko razem.  Wybór: najeść się lub swobodnie oddychać jest dość uciążliwy a gdy mamy naprawdę zapotrzebowanie by coś zjeść (w sensie smak)  to znów kiełki przychodzą nam z pomocą. Zapewniają naszemu organizmowi to co jest mu potrzebne (kiełki soczewicy gdy mamy potrzebę na coś bardziej sycącego, kiełki lucerny, gdy potrzebna lekka przekąska czy też jakiekolwiek inne które pasują nam smakiem) przy czym nie rozpychają żołądka i nie powodują ucisku na i tak obciążony już brzuch.

 

Tak wiec wszystkim ciężarnym i planującym powiększanie rodziny polecam zaznajomienie się z kiełkami, bo stanowią świetną alternatywę dla ciastek, syntetyków i wielu innych pokus z którymi niejedna przyszła mama się spotyka.

 

Brokuł a zdrowie.

Tak, brokuły są zdrowe. To utarte przekonanie w sumie nie ma podłoża dla większości osób innego, niż to, że wciąż jest powtarzane. Stereotypowym obrazkiem z niejednego filmu jest dziecko które nie chce jeść obiadu/warzyw a mamusia mówi: zjedz brokuły, bo są zdrowe. Tak szperam w pamięci i właściwie stereotyp powielany, ale jednocześnie trudno znaleźć mi w pamięci jakiekolwiek źródła dla potwierdzenia tej tezy. No niezupełnie, jedno źródło na pewno jest, bowiem nie tak dawno naukowcy dostrzegli, że brokuły mają spore ilości sulforafanu, który z kolei nie tylko zmniejsza ryzyko zachorowania na raka, ale też jest niezwykle pomocny z leczeniu chorób nowotworowych.

 

Więcej o brokułach i nowotworach we wcześniejszym wpisie. Kiełki brokuła a nowotwory.

 

Co prawda nie tylko sulforafan wspomaga nasz organizm z tym zbyt częśtym współcześnie zagrozeniem, ale również inne flanoidy, na przykład:  kwas p-kumarowy, likopen, kwas chloragenowy (pomidory), kwas elagowy (truskawki, winogrona), izotiocyjanian fenetylowy (kapusta), genisteina (soja), beta-karoten (marchew).

 

Istotnym jest tu jednak inna informacja, bo brokuł brokułem, ale my o kiełkach pisać mamy. No i tu przewaga kiełków nad dorosłą formą: kiełki około 3-dniowe zawierają olbrzymie ilości sulforafanów, wielokrotnie przewyższając w tej materii dojrzałe warzywo. Mało tego: podczas gdy w czasie wzrostu ilość tych flanoidów zmniejsza się i w zależności od uprawy spaść może wręcz do zera, to w przypadku kiełków to zjawisko nie występuje! Zatem najzdrowiej zjadać kiełki brokuła i to z własnej hodowli, gdyż po ścięciu czas wpływa na zredukowanie ilości tej substancji, zatem kupne, gotowe kiełki, choć pewnie bogatsze od samego brokuła, mniej cenne będą niż samodzielnie wyhodowane.

 

No ale choć ta rewelacja szybko obiegła świat, to kiełki brokuła mają też inne zalety. Na przykład chronią nasz układ pokarmowy. Helicobacter pylori to paskudna dla nas bakteria powodująca wiele komplikacji łącznie z zapaleniem wątroby, wrzodami czy rakiem żołądka. Regularne spożywanie kiełków brokuła wykazało bardzo korzystne działanie dla bezpieczeństwa naszej wątroby i żołądka.

 

Ponadto kiełki brokuła zawierają szereg substancji, które działają korzystnie i na inne sfery. Obniżają ciśnienie krwi, wzmacniają system odpornościowy, krwionośny i nerwowy. Wpływają na lepsze samopoczucie, łagodzą stresy i ogólnie mają kolosalne znaczenie dla naszego zdrowia.

 

Tak wiec choć dla większości osób brokuły to tylko warzywo nie lubiane przez dzieci, to jednak warto się z nim zaprzyjaźnić, zaś z jego kiełkami zdecydowanie polecam, gdyż wartość ich jest nieoceniona.

Jednak nie kiełki

Jak widać poszukiwania winnego wciąż trwają. Panika posiana w temacie ogórków zadziałała, w temacie kiełków chyba nieco słabiej, ciekawe co będzie dalej? Szczególnie ze „zalecenia” by unikać surowych potraw, są co najmniej dziwne. W każdym bądź razie kiełki zostały oczyszczone z zarzutów, co generalnie było do przewidzenia.

 

W każdym razie, epidemia wciąż jest niewyjaśniona, ale nie dajmy się zwariować. Grunt to równowaga, gdyż każda skrajność jest ryzykowna – tak zaniedbania higieny jak i przesada w tej materii. Pamiętajmy po prostu by warzywa i owoce myć, ale to przecież rzecz, której uczono nas od dziecka.

EHEC

Ledwo do pracy przyszłam, ba! jeszcze nie przyszłam, bo w domu wieści mnie dobiegły, a już wszystko dookoła epidemii. Generalnie nie śledzę wiadomości i najczęściej o wszystkim wiem ostatnia, ale tym razem było nieco inaczej. No co jak co, ale to pośrednio z moją pracą związane zatem dopadło mnie szybko. Oczywiście dopadła mnie wiadomość a nie bakteria.

 

Tym którzy nie wiedzą jeszcze, śpieszę wyjaśnić, że potencjalnym kandydatem na źródło zakażenia są kiełki fasoli, zaś bakteria jest wystarczająca niebezpieczna, skoro w Europie zanotowano 22 zgony z czego 21 w Niemczech. Oczywiście wieść świat obiegła szybko i równie oczywiście, jest niesprawdzona. Ale nawiązując do ostatniego postu z cyklu „czy kiełki są zdrowe” już śpieszę wytłumaczyć dwie kwestie, którymi warto się zainteresować.

 

Po pierwsze, to nie kiełki same w sobie były źródłem bakterii (o ile były, co też warto podkreślić, bo wcześniej osądzono pochopnie hiszpańskie ogórki) bowiem kiełki nie zawierają bakterii, choć przy niedopatrzeniach od strony higieny bakteria mogła się w wodzie namnożyć. Jednak by tak się stało potrzeba nie tylko  kiełków i wody, ale przede wszystkim kogoś, kto te bakterie dostarczy. Jeśli nawet rzeczywiście to przez kiełki ludzie zachorowali, to nie kiełki były temu winne, ale sposób uprawy i zaniedbania względem BHP.

 

Po drugie, my jako sklep sprzedajemy nasiona. Suche. Zaś przewrażliwionym jeszcze podkreślę: nie mamy żadnych nasion z Niemiec. Zatem miłośnicy kiełków mogą być spokojni, szczególnie, jeśli sami kiełki uprawiają, bowiem sami odpowiadają za higienę swej hodowli.

 

Przyznam, że teraz zacznę obserwować dalsze informacje w tej materii, bo mam nadzieję że szybko się potwierdzi lub wykluczy udział kiełków w całej tej sprawie.

 

A tymczasem smacznego, ja niezrażona rewelacjami medialnymi podjadam brokuła.

Zdrowe kiełki?

Tak, logika na pewno podpowiada Wam, że zdrowe, bo przecież nie napiszemy, że nie. I logika jest tu zdecydowanie słuszna, ale temat sam w sobie istotny, bo choć powszechnie mówi się o zdrowiu w kiełkach zawartym, to jednak są i głosy przeciwne. Stąd też postanowiłam ten temat wziąć na warsztat.

 

Może zatem zaczniemy od tego, skąd się wzięły głosy, iż nie są zdrowe. Pierwsze z nich, zdecydowanie słuszne, wzięły się stąd, że nie wszystkie nasiona nadają się do kiełkowania. Wiele roślin, w początkowej fazie wzrostu wytwarza substancje szkodliwe dla człowieka. Stąd na przykład nie kiełkujemy pomidorów czy fasoli białej czy jasia. Jest to fakt i jeśli tylko kupujemy nasiona przeznaczone do kiełkowania to właściwie nie mamy ryzyka, iż trafią się nam gatunki niejadalne.

Ale z tego pierwszego punktu wyłania się punkt drugi: toksyny w kiełkach. Jakiś czas temu pojawiły się głowy, iż wszystkie kiełki zawierają substancje szkodliwe a wręcz toksyczne jednak mamy tutaj do czynienia z tak zwaną kaczką dziennikarską. Ot ktoś nie zbadał tematu, użył skrótu myślowego czy po prostu nie doprecyzował wypowiedzi a ktoś inny rozdmuchał sprawę w szerszym zakresie. W ten sposób pojawiła się nieprawdziwa informacja często „potwierdzana” przykładami takimi jak:

LATHYROGEN (toksyna wywołuje paraliż w nogach) występuje w strączkowych, szczególnie zaś w różnych odmianach grochu.  I mamy tutaj półprawdę, bowiem rzeczywiscie, są gatunki, które tę toksynę zawierają (na przykład groszek pachnący, który znamy jako przepiękne kwiaty) jednak badania oparte na populacji indyjskiej, gdzie z powodu głodu wielu ludzi sięga po odmiany niejadalne,  są mało wiarygodne w aspekcie spożywania ziarna roślin jadalnych, czy też  sprawdzonych pod wzgledem kiełkowania.

 

Kolejny aspekt to, paradoksalnie, badania naukowe. Wynika to z tego, że  im więcej mądre głowy dostrzegają elementów, tym więcej zamieszania mniej mądre głowy mają. Bo kiedy jedna osoba coś odkryje to inna tworzy kontrtezę, a  to najczęściej prowadzi do walki dwóch przeciwnych obozów, nie tyle pośród uczonych (gdyż oni może do błędów przyznawać się nie lubią, ale jednak często szerzej na sprawę patrzą, choć niekoniecznie potrafią to przedstawić) co pośród tych, którzy owym uczonym zawierzyli. Ciekawe jest to, że generalnie same naukowe tezy często maja racje bytu, jednak ich rozwiniecie w dalszych interpretacjach czasem potrafi zaskoczyć. Tak jest na przykład z saponiną.

Pojawiły się głosy, iż saponina jest wysoce szkodliwa a jej wysoka zawartość w kiełkach  to poważne ryzyko. Ba! Spotkałam się nawet ze słowami, iż saponina jest toksyną! No ale jak to jest w faktach? Choć wikipedia nie jest najpewniejszym źródłem, to pozwolę sobie zacytować:

Mają działanie lecznicze: moczopędne, wykrztuśne, wzmagają wydzielanie śluzu, wzmagają procesy wchłaniania składników pokarmowych z jelit do krwi,przeciwzapalnie, przeciwbakteryjne, pierwotniakobójcze, przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe, pobudzają wydzielanie soku żołądkowego, żółci i soku jelitowego. Mogą wpływać na poziom cholesterolu. Nasilają trawienie tłuszczów. Niektóre z nich są truciznami.

Saponiny powodują hemolizę czerwonych krwinek.(…)

Duże dawki saponin, podane doustnie mają działanie wymiotne.

 

Jak widać, wyraźnie napisano,”iż niektóre z nich”. Ale przecież w przypadku grzybów też mamy gatunki jadalne i trujące, a jakoś człowiek umie to rozgraniczyć. Saponiny zawarte w kiełkach nie tylko są bezpieczne, ale przede wszystkim są bardzo korzystne dla zdrowia. Tak więc z powodu niezrozumienia człowiek lękliwy może wykluczyć ze swej diety bardzo ważny czynnik. I nie na wyrost podkreślam wagę saponiny, gdyż jej występowanie w naszej diecie zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób krążenia, chorób nowotworowych oraz obniża cholesterol.

 

Powyższy przykład saponiny wskazuje też na to, że w warunkach laboratoryjnych substancja może mieć właściwości trujące, jednak nie wynika to z właściwości samej substancji ale z tego, iż została wydzielona z całego szeregu innych, współtowarzyszących związków, niezbędnych do prawidłowego działania. Na przykład w warunkach laboratoryjnych można udowodnić iż witamina C jest trująca. Jednak wciąż mówimy o warunkach laboratoryjnych, a nie normalnym pożywieniu.

 

Kolejną nadinterpretacją, która przysporzyła kiełkom nieuzasadnionych opinii jest kwestia związana z dietą Gersona. Niezorientowanym wyjaśnię, że Max Gerson by wyleczyć siebie z migreny wykluczył z diety produkty wysoko przetworzone, sól, tłuszcze i wiele innych produktów zaś jego pomysł na swoje zdrowie przyjął się jako metoda wspomagania leczenia cukrzycy, nowotworów i wielu innych poważnych schorzeń.  Nad samą dietą rozwodzić się nie będę, i tak post wyjdzie bardzo długi, ale chciałam zwrócić uwagę na jeden aspekt: dieta w której spożywa się wiele surowych warzyw odradza spożywanie kiełków. No i pośród niezorientowanych pojawiły się głosy, że powodem są właśnie toksyny. Ale osoby, rozsyłające te informacje najwyraźniej nie zgłębiły tematu i zapomniały, że mowa o osobach chorych a nie zdrowych. Wykluczenie kiełków z diety Gersona nie wynika z tego, że kiełki są złe, ale z tego że zawierają nierozwinięte białko l-kanawaninę. Jakby tego było mało, dotyczy to nie wszystkich kiełków ale konkretnie  podkiełkowanych nasion lucerny. Zatem wpływ tej substancji na zdrowego człowieka jest znikomy, choć wedle badań Gersona, w przypadku osób wyniszczonych chorobą jest istotnym czynnikiem. Tak więc osoby cytujące nagminnie dwa zdania z jednej i tej samej publikacji, najpewniej nie sprawdziły tematu w całości i zalecenia dla osób wyniszczonych chorobą uznały za dobro dla wszystkich, zaś kiełki lucerny uznały za wykładnie wartości wszystkich kiełków.

 

Warto też pamiętać, że zarówno brak jak i nadmiar szkodzi, tak więc jeśli ktoś ma schorzenia wynikające z nadmiaru powiedzmy wapnia, powinien unikać produktów bogatych w ten pierwiastek. Ale przecież nie oznacza to, że wapń jest zły, a jedynie, że dla tej konkretnej osoby (czy przy konkretnym schorzeniu) zalecane jest mniejsze spożycie tego składnika. Zatem jeśli dane kiełki są bogate w jakiś składnik, którego nasz organizm ma nadmiar to ich spożycie może być niekorzystne, jednak mówimy tu o zaburzonej równowadze, o chorobie, zatem  zjawisku którego raczej staramy sie unikać.

 

Tego typu przypadków jest wiele i najczęściej negatywne opinie wynikają z jakiegoś uogólnienia, niezrozumienia czy właśnie użytego skrótu myślowego. Potem jedno zdanie krąży po internecie jako „dowód na” a mało kto wnika w temat by sprawdzić chociażby, czy zdanie nie jest na przykład wyrwane z kontekstu lub po prostu kiepsko przetłumaczone.

 

Czy kiełki są zdrowe? Tak

Ale kiełki konkretnych roślin, bo przecież nie wszystkie są jadalne. Niby jest to tak oczywiste, a jednak czasem umyka świadomości.

ABC kiełkowania

Dla wielu osób to co teraz napiszę będzie tak oczywiste, że pewnie zdziwią się, że w ogóle to piszę. Ale doświadczenie mi mówi, że naprawdę wiele osób nie ma pojęcia o tym, że nasiona należy przepłukać i namoczyć. Tak wiec tą podstawą kiełkowania dziś chcę się zająć.

PRZEBIERANIE

Pierwsza rzecz jaką robimy chcąc kiełkować nasiona to przebranie tych nasion. Odrzucamy wszystkie nasiona zniszczone, uszkodzone, wszystkie puste łupinki, resztki i wszelkie inne zanieczyszczenia. Oczywiście w zależności od gatunku, sposobu przesiewania itp. tych zanieczyszczeń może być więcej lub mniej, jednak to pierwszy ważny krok, który należy zrobić. Powód tego jest prosty – nasiona uszkodzone i inne odpadki nie będą wzrastać ale zaczną gnić lub pleśnieć zatruwając naszą uprawę. Co prawda w większości przypadków takich odpadków nie ma za wiele lub wręcz w ogóle, ale to czynnik na który trzeba zwrócić uwagę i tyle.

PŁUKANIE

Druga rzecz (lub pierwsza jeśli mamy nasiona od razu dobrze oczyszczone z odpadków) to płukanie nasion. Tak, znów oczywista oczywistość ale znów jak się okazuje mało osób wie o tym, że nasiona należy przepłukać. Płukanie jest proste: wystarczy wsypać na sitko i wstawić pod bieżącą wodę tak by woda wypłukała wszystkie zanieczyszczenia. Oczywiście powód konieczności płukania jest adekwatny do tego powyżej, jednak wiele osób zadaje sobie (i nam) pytanie: dlaczego w ogóle nasiona są zanieczyszczone. I znów odpowiedź jest prosta a wręcz oczywista:

Nasiona (podobnie jak kasze na przykład) przetrzymywane są w wielkich workach, w silosach, magazynach, w różnych miejscach w których są myszy czy inne stworzenia. One zdecydowanie zawsze dodają coś od siebie. Ponadto część nasion zawsze ulega zniszczeniu, kruszeniu co też stanowi pewne zanieczyszczenie, które lepiej usunąć. I co najistotniejsze: nie ma możliwości przepłukać zbóż, nasion, kasz wcześniej, gdyż w naturze maja to, że chłoną wodę, a jeśli owej wody nabiorą, to już nie nadają się do sprzedaży. Szczególnie znaczące to jest w przypadku nasion do kiełkowania, bowiem nabieranie wody jest pierwszym etapem wzrostu i jeśli byśmy nawodnili to ich siła kiełkowania by zdecydowanie spadła (albo wręcz zaczęły by rosnąć u nas w magazynie). Oczywiście istnieją też chemiczne metody oczyszczania, ale są one niekorzystne dla naszego zdrowia, tak więc płuczmy nasiona by móc cieszyć się najzdrowszą żywnością.

NAMACZANIE

Trzecia rzeczą którą należy zrobić jest namaczanie. Tutaj większość osób wie o tym, ale wciąż zdarzają się osoby, którym ta wiedza umknęła. Stąd też podkreślam: namaczanie jest istotne, gdyż nasiono rozpoczyna proces wzrostu od nabrania odpowiedniej ilości wody. Dopiero gdy nasiono jest odpowiednio napęczniałe, zaczyna kiełkować szukając dostępu do wody by móc wzrastać. Jeśli nie namoczymy nasion, to powodujemy iż zbierają one wodę w czasie płukania, podlewania czy zraszania a to nie tylko wydłuża proces wzrostu, ale też zwiększa ryzyko zepsucia uprawy, gdyż nasiona które nie wchłoną wilgoci odpowiednio szybko mogą zacząć pleśnieć lub gnić (podobnie jak nasiona uszkodzone).

 

Podsumowując: jeśli te trzy czynności są wykonane prawidłowo nasze szanse na smaczne i zdrowe kiełki zdecydowanie wzrastają. Nie zajmują one dużo czasu, a decydowanie podnoszą jakość uprawy, tak wiec wszystkim, którzy te trzy kroki znali jedynie przypominam, a tym, którzy nie znali polecam zastosować.

 

Smacznego!

Zdrowy przedszkolak

Fundacja Instytut Medycyny Integracyjnej wraz z serwisem dziecisawazne.pl organizują akcję „Zdrowy Przedszkolak”, której celem jest poprawa sposobu odżywiania dzieci w przedszkolach.
Jako że Pestka też jest za poszerzeniem wiedzy dotyczącej zdrowego żywienia chcemy poinformować o tej akcji na skład której wchodzą:
- akcje medialne obejmujące media ogólnopolskie i lokalne;
- cykl warsztatów dla urzędników (dyrektorów), dietetyków oraz rodziców;
- cykl artykułów poświęconych problemowi oraz proponowanym rozwiązaniom;
- petycję adresowaną do Sanepidu oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej, które to sprawują kontrolę nad dietą w przedszkolach.
Niestety większość przedszkoli, mimo serca wkładanego przez opiekunów, w kwestii jakości odżywczej nie ma się najlepiej. Aby to zmienić potrzeba zdecydowanych działań ale też unaocznienia grupom decyzyjnym, że zmiany są potrzebne. Tak więc poza samą akcją, z którą warto się zaznajomić, można pomóc podpisując petycję w tej kwestii:
Akcję będziemy śledzić i jeśli uda się jakiś sukces organizatorom uzyskać (czego serdecznie życzymy) poinformujemy.

Biało w naszej diecie

Jak pisałam o żelazie użyła sformułowania iż „owe nagłośnienie jest wyjątkowo uzasadnione”. Dla tych, co nie czytali wcześniejszego wpisu wyjaśniam, że chodzi o nagłośnienie braków żelaza w codziennej diecie które prowadzi do wielu problemów zdrowotnych zarówno fizycznych jak i psychicznych i emocjonalnych. I nie przez przypadek od tego zaczynam. Dziś bowiem chcę pisać o białku a z nim jest sprawa odwrotna niż z nagłaśnianiem braków żelaza. Wciąż się mówi o tym by dostarczać odpowiednią ilość białka a niejeden wegetarianin spotkał się nie raz z zapytaniem: „no to jak ty uzupełniasz braki białka?”

Rzecz w tym, że białka nam na pewno nie brakuje.  Jest go pełno, nawet za dużo. Oczywiście białko jest bardzo ważne, stanowi element budulcowy naszego organizmu, jednak nasze organizmy dostają do wystarczająco a wręcz za dużo. Ponadto jest jeszcze jeden istotny, acz pomijany aspekt: białek jest wiele i nie wszystkie są równie wartościowe i nam potrzebne.

Ci którzy czytają etykietki na produktach pewnie nie raz zauważyli wśród składników „białka mleka”. Żywieni papką medialną wierzymy, że mleko jest zdrowe zatem białka mleka tym bardziej będą zdrowe. Nic bardziej błędnego. Pod tą nazwą, tak pozytywnie przez większość kojarzoną, kryje się kazeina. Biało niezbędne cielakom do budowy kopyt czy rogów. Oczywiście, człowiek kazeinę też wykorzystuje przy budowaniu swego organizmu, jednak w śladowych (w porównaniu z innymi białkami) ilościach.

I tu mamy dwie kwestie ważne dla naszego zdrowia:

  1. mamy wiele różnych białek i mają one różne zadania (nie tylko budulcowe, choć to o nie troskliwi najczęściej dopytują), tak więc nie każde białko będzie dla nas równie cenne (patrz kazeina właśnie);
  2. mamy ogromne ilości białka w pożywieniu i codziennie kilkakrotnie przekraczamy ilości bezpieczne dla zdrowia. Poza  wyjątkami celowo bazującymi na diecie wysokoproteinowej (np kulturyści) dieta niskobiałkowa jest zdecydowanie korzystniejsza dla naszego zdrowia.

Tak więc jak to często bywa: nie ilość a jakość

Do tej pory utarło się, że oprócz jajek i mleka żaden inny pokarm nie posiada wszystkich ośmiu aminokwasów egzogennych (czyli tych których nie syntetyzujemy i musimy dostarczać w pokarmie). Również w powszechnej opinii białka roślinne są mniej wartościowe od białek zwierzęcych. I tu znów obiegowa opinia zdecydowanie mija się z rzeczywistością, bo nie tylko są rośliny zawierające komplet białek (np. ryż) ale również  okazuje się, że obecność wszystkich białek w jednym pokarmie wcale nie jest niezbędnym warunkiem syntezy białkowej. Zatem nie po raz pierwszy i nie ostatni mamy  powtarzający się truizm, że podstawą jest różnorodność. I tak łącząc różne pokarmy roślinne zawierające różne białka, możemy uzyskać pełnowartościowy posiłek.

Istotnym w tym całym, okołobiałkowym zamieszaniu jest fakt, że mit konieczności wysokiego udziału białek (szczególnie zwierzęcych) wciąż jest żywy w myśleniu większości ludzi. Podobnie jak historia ze szpinakiem i żelazem.  Ot na początku XX w angielski uczony Thomas przeprowadził badania na podstawie których zauważył, że szczury żywione  z udziałem białek zwierzęcych są większe i silniejsze od tych, które żywione były roślinnie. To odkrycie jakoś szybko się rozprzestrzeniło i zakorzeniło na tyle mocno, że późniejsze badania wykazujące, iż owe większe i silniejsze szczury częściej chorowały i krócej żyły długo nie mogły przebić się do świadomości. Dieta wysokobiałkowa stymuluje wzrost, ale jednocześnie obciąża nerki i przyśpiesza wypłukiwanie wapnia z organizmu co jest bardzo niekorzystne dla naszego zdrowia. A z dwojga lepiej być drobniejszym a zdrowym niż „okazem zdrowia” rozsypującym się po 20 roku życia.

Tak wiec zdecydowanie warto zadbać o różnorodność pokarmów, nie uznawać nabiału jako źródła wapnia i białka (na temat jakości dzisiejszego „nabiału” to można też sporo napisać) za to wprowadzić do swojej diety sporo roślin zielonych, strączków i przede wszystkim zbóż, które są przecież podstawą żywienia człowieka.  Przy czym pozwolę sobie zaznaczyć, ze kanapka nie wchodzi w zakres „zbóż w diecie”.  Oczywiście mogę jeszcze napisać, że kiełki są świetnym źródłem zarówno białek jak i innych składników odżywczych, ale o tym piszę tutaj prawie cały czas. Zatem jeśli mimo wszystko obawiacie się niedoborów, lub też myślicie o zmianie jakości dostarczanych białek, to ja polecam kiełki strączków. Smaczne, zdrowe i doskonałe zarówno na surowo (kiełki mung) jak i w wersjach smażonych(wszystkie strączki, ale i tak ciecierzyca najlepsza). Przypominam jednak, że kiełki strączków należy blanszować przed spożyciem.

Żelazo w diecie

Dziś postanowiłam napisać słów kilka o żelazie.  Powód prosty – to jeden z najbardziej chyba okrzyczanych braków. Istotnym jednak jest tu fakt, że owe nagłośnienie jest wyjątkowo uzasadnione. W naszym bogatym społeczeństwie (naszym czyli ogólnie ludzi tzw. zachodu) większość ludzi ma brzuchy pełne, ale organizmy często i tak głodują. I tak jak w biednych krajach to pasożyty najczęściej (poza głodem samym w sobie) są przyczyną niedoborów, tak w przypadku człowieka zachodu powodem niedoborów jest najczęściej własne lenistwo i zgubne nałogi czy przyzwyczajenia.

 

Żelazo jest niezwykle ważnym składnikiem. Odpowiedzialne jest za wytwarzanie czerwonego barwnika krwi – hemoglobiny, transportującej tlen do komórek ciała, tak więc za dotlenianie komórek. Najczęściej wspomina się o niedokrwistości (anemii) związanej z brakiem żelaza w diecie oraz o objawach z nią związanych (osłabienie, słaba koncentracja, bladość). Jest niezbędne dla właściwego działania układu immunologicznego i zdecydowanie zwiększa odporność na stres.  Niby truizm, ale jakże często pomijany w codziennych decyzjach.

 

Najczęściej mawia się że anemia to choroba kobiet i wegetarian (zatem wegetarianek zwłaszcza). Cóż, zdecydowanie mamy tu pewne zwiększone ryzyko, ale nie jest to zasadą. Paradoksalnie, gdyby ująć w procentach to z tymi wegetarianami nie jest tak źle, choć z dziewczynami sprawa ma się nieco gorzej.  Comiesięczna utrata krwi zdecydowanie może osłabiać organizm, , jednak wcale nie jest powiedziane, iż kobiety są skazane na niedobory żelaza. Kwestia mądrego spojrzenia na sprawę.

 

Anemia najczęściej dotyka młode dziewczyny. Pomijając aspekt żywienia domowego, które niestety wciąż jest najczęściej za mało urozmaicone, to pojawiają się dwa kolejne aspekty wpływające na powodzenie anemii wśród dziewcząt: moda na diety (najczęściej nieprzemyślane) oraz pośpiech i niedbałość. Siłą rzeczy dziewczyny są bardziej narażone na wystąpienie anemii, ale teoretycznie, w bogatych krajach nie powinien już ten kłopot występować. Dlaczego zatem występuje?

 

Oczywiście można mówić o tym, że jest słabo przyswajalne, że to pochodzenia zwierzęcego jest cenniejsze, że szpinak wcale nie jest tak bogaty. To wszystko prawda, ale wciąż nie rozwiązuje problemu. Uczepiając się utartych opinii zamykamy oczy na rzeczywisty problem. Nie jest bowiem kłopotem ilość dostarczanego w pożywieniu żelaza, ale to, że samo żelazo to nie wszystko. Jesteśmy złożonymi organizmami gdzie potrzebna jest równowaga zatem dostarczanie jednego składnika nie tylko nie pomaga, ale wręcz może zaszkodzić, gdyż zaburza równowagę w innych sferach. Ponadto nie tylko braki składników pobocznych niezbędnych do prawidłowego wykorzystania żelaza, ale też nadmiar składników utrudniających jego przyswajanie jest tu nie lada kłopotem.

 

Bardzo często na poprawienie wyników wpływa nie tyle podniesienie dawki żelaza w diecie ale też zwiększenie ilości witaminy C. Zatem choćby człowiek miał zajadać się wątróbką, niewiele mu ona pomoże jeśli zabraknie w posiłku warzyw. Aby żelazo zostało prawidłowo wchłonięte potrzebujemy witamin: B12, B6, C, E, kwasu foliowego oraz miedzi, cynku i molibdenu, zatem jak widać o wiele więcej składników niż samo Fe, choćby w najlepszym związku.  Tak więc różnorodność w posiłku jest bardzo istotną sprawą.

 

Kolejna kwestia to substancje utrudniające wchłanianie żelaza. I wcale nie jest ich mało a niestety są powszechne. Choćby herbata i kawa. Bardzo częsty składnik codziennej diety a przecież ogranicza wchłanianie żelaza. Podobnie jak nabiał. Mawia się jaki jest zdrowy a przecież produkty wysokobiałkowe zdecydowanie utrudniają wchłanianie tego cenne go pierwiastka.  Dotyczy to też białek roślinnych (rośliny strączkowe). Kolejny składnik to orzechy. Bardzo cenne same w sobie, jednak w połączeniu z pożywieniem bogatym w żelazo utrudniają jego przyswojenie, jednak w przypadku orzechów jest tak wiele cennych składników dla których nie ma co ograniczać ich udziału w diecie, najwyżej nie łączyć ich z  pożywieniem bogatym w żelazo. Zaznaczę jednak że pisząc orzechy mam namyśli prawdziwe, a nie to co zwie się arachidami.

 

Tak więc nie tylko kwestia pilnowania tego by w diecie pojawiły się zielone warzywa jest istotne dla poprawienia wyników krwi, ale również dbałość o składniki poboczne bez których nie potrafimy wykorzystać. Jeśli jednak chcemy naprawdę poprawić jakość krwi przypomnijmy sobie babcine metody. Sok z buraka (ale świeży a nie z kartonu), kiełki buraka, napar z pokrzywy to dodatki które spokojnie możemy wprowadzić do codziennej diety jako zamienniki lub przyprawy. Napar z pokrzywy jest smaczny i spokojnie może zastąpić herbatę a w ten sposób nie tylko zlikwidujemy czynnik destrukcyjny (herbata) ale poprawimy nasze zdrowie, gdyż liście pokrzywy tez zawierają sporo żelaza, zaś napar z nich zalecany jest przy leczeniu anemii.