Archiwa kategorii: ziarna

Piątkowa garść przepisów.

Dziś nieco inaczej, bo nie kiełkowo. Ale tylko inaczej, bo o ziarnach i tym co dobrego z nich zrobić można i jak.

 

Jest taki portal: dziecisawazne.pl  i zdecydowanie jest to ciekawe miejsce dla rodziców, którzy maja chwilę by zastanowić się nad rodzicielstwem. No i właśnie na tym portalu znalazłam kilka ciekawych przepisów na mleczka. Autorem artykułu jest Kazimierz Kłodawski, choć artykuł to w sumie kilka cytowanych tu przepisów plus dwa słowa wprowadzenia.  W każdym razie polecam zapoznanie się z portalem zaś ja ograniczę się do wklejenia przepisów i dwóch moich słowach komentarza.

  • mleczko zbożowe (kokoh): składniki: zmielone 100 g prażonego ryżu naturalnego, tzw. brązowego (krótkoziarnistego) oraz zmielone 100 g ryżu nieprażonego, 50 g mąki owsianej, 30 g mąki sojowej oraz 100 g zmielonego, niełuszczonego sezamu. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy. Czubatą łyżkę wymieszanych składników, zalewamy 250-300 g wody i gotujemy przez 10 minut, cały czas mieszając. Pod koniec gotowania możemy dodać odrobinę słodu ryżowego, jęczmiennego z dodatkiem syropu buraczanego lub miodu
  • mleczko migdałowe: składniki: 100 g migdałów w skórkach, świeży sok z 1 słodkiego jabłka, 3 szklanki dobrej wody, 1 łyżka syropu klonowego lub miodu, 2 łyżki soku z cytryny. Migdały moczymy przez noc, po czym obieramy, dodajemy 1 szklankę wody i dobrze miksujemy. Dodajemy pozostałe składniki i jeszcze raz miksujemy przez 1-2 minuty
  • mleczko sojowe: składniki: 1 szklanka soi, 3 szklanki dobrej wody, szczypta soli, 2 łyżki syropu klonowego wymieszanego z miodem, 3 łyżki stołowe wiórek kokosowych. Nasiona soi dokładnie płuczemy i moczymy przez 12 godzin. Następnie odlewamy wodę, w której moczyliśmy soję i miksujemy ją, biorąc na 1 szklankę soi 1,5 szklanki wody. Miksujemy do czasu otrzymania masy o konsystencji gęstej śmietany. Wówczas dodajemy około 1,5 – 2 szklanki wody, ponownie miksujemy i w takiej postaci mleczko przecedzamy przez gazę. Przecedzone mleczko dosładzamy syropem klonowym i miodem, dodajemy wiórki kokosowe i gotujemy ok. 5-10 minut
  • mleczko jabłkowe: składniki: 5 pokrojonych w skórkach jabłek, 2 szklanki przegotowanej wody, szczypta soli, 1 łyżka soku z cytryny, 1 łyżka podprażonych nasion niełuszczonego sezamu, 2 łyżki mieszanki syropu buraczanego, klonowego i miodu. Wszystkie składniki dokładnie miksujemy. Mleczko serwujemy chłodne
  • mleczko orzechowe: składniki: 1 szklanka orzechów włoskich, laskowych i pistacjowych, 2 łyżki pestek dyni, po 1 łyżce pestek słonecznika i nasion sezamu niełuszczonego, 2 łyżki rodzynek z upraw naturalnych suszonych na słońcu, 1 łyżeczka słodu ryżowego i szczypta soli. Orzechy moczymy przez 6 godzin w czystej wodzie, po czym ją odlewamy (jest gorzka). Następnie, wszystkie składniki dokładnie miksujemy z dodatkiem przegotowanej wody, której dodajemy tyle, aby uzyskać konsystencję napoju. Mleczko przecedzamy przez gazę
  • mleczko z jagłów: składniki: pół szklanki ugotowanej kaszy jaglanej, 2 łyżki migdałów, 1 łyżka sezamu niełuszczonego, szczypta soli, 1 łyżka syropu buraczanego i miodu, 1,5 szklanki przegotowanej wody. Wszystkie składniki dokładnie miksujemy. Mleczko serwujemy chłodne

Mleczka swoją nazwę zawdzięczają głównie skojarzeniu z mlekiem, jednak są nie tylko wegańskie (dla niezorientowanych – weganie nie jedzą nic pochodzenia zwierzęcego), ale też są niezwykle odżywcze i można nimi zastępować mleko odzwierzęce w wielu miejscach. Jednym z przykładów może być mleczko migdałowe do kawy. Choć mleczko do kawy robi się nieco inaczej niż to z powyższego przepisu.

Przyznam, że z powyższych przepisów mleczka jabłkowego w ogóle nie znam, zatem tutaj i dla mnie to nowość, bo reszta przepisów to tylko jedne z wielu wersji danego mleczka. Zmiana proporcji, dodatków, przypraw i mamy inne mleczko choć też pod tą samą nazwą, ale tutaj już zapraszam to indywidualnych eksperymentów. U mnie w domu najczęściej króluje mleczko migdałowe w wersji czystej, lub dosładzane miodem. Drugie miejsce mają wszelkie wariacje na temat mleczek ryżowych.

 

 

 

Ostropest plamisty – ciąg dalszy

Było już o tym jak rewelacyjny wpływ ma  na naszą wątrobę, zatem dziś o tym w jaki sposób można go zjadać.

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to nalewka.  Rzecz jasna dla osób z chorobami alkoholowymi nie polecam tej metody, ale dla wolnych od tego nałogu, to nalewka może być ciekawym sposobem. Ale ostrzegam, nalewki typowo lecznicze (ostropest, propolis i inne tego typu) najczęściej są nieprzyjemne w smaku. Jakby były zbyt przyjemne pewnie przestały by być leczniczymi z racji nadmiernej ilości spożycia.

W wersji bezalkoholowej można sporządzić wywar. Coś na kształt „herbatki” którą po prostu popijamy dla zdrowia. W obu przypadkach nasiona mielimy i właśnie w takiej formie zalewamy wodą lub alkoholem.  W przypadku alkoholu ciekawe jest to, że ostropest działa osłonowo dla wątroby i chroni ja przed działaniem alkoholu, zatem śmiało można wysunąć hipotezę, że będzie to jedna z najzdrowszych nalewek, przynajmniej dla samej wątroby.

Idąc dalej tropem napojów z ostropestu pojawia się mleko. Co prawda z mlekiem nie ma nic wspólnego, ot bardziej skondensowany wywar, ale zdecydowanie będzie miał najwięcej wartości ale też najwyraźniejszy smak. I tak jak smak wywaru herbacianego łatwiej ukryć pod na przykład łyżką miodu, tak mleko to już smak zdecydowanie bardziej skondensowany.

Ogólnie ziarno ostropestu zaleca się zmielić przed dodaniem, choć spotkałam się tez z przepisami zalecającymi namaczanie ziarna i gotowanie. Te jednak są w zdecydowanej mniejszości, choć wskazują wyraźnie, że możliwości zastosowania tego ziarna są naprawdę rozległe. Zatem chyba każdy znajdzie dla siebie najlepsza metodę, a o wątrobę zdecydowanie warto zadbać.

Warto jednak wiedzieć iż osoby z uczuleniem na stokrotki, karczochy, kiwi, mogą być również uczulone na ostropest.

Ostropest plamisty

Generalnie większość nasion planowałam rozpisywać dokładnie przez cały tydzień. Jednak plany te zakładały rozpisywanie nasion na kiełki a tu by było bardzo wiele aspektów do poruszenia. W tym przypadku mowa o nasionach spożywczych zatem  skupię się na dwóch aspektach: leczniczym oraz sposobach spożycia.

Dziś wartości lecznicze.

Celowo nie piszę „odżywcze” bo w przypadku tej rośliny słowo „odżywianie” to zdecydowanie za mało. To niepozorne ziarno zawierające w swym smaku nutkę goryczy ma niebywałe zdolności stymulujące regenerację jednego z najbardziej obciążonych organów – wątroby. Wiele się pisze o ostropeście   sąsiedztwie leczenia alkoholizmu i regeneracji organizmów zniszczonych alkoholem, jednak warto pamiętać, że każda wątroba we współczesnym świecie ma ciężki żywot.

Wątroba jako organ ma jeden z najtrudniejszych tematów do udźwignięcia.  To ona neutralizuje toksyny jakie my wprowadzamy do organizmu lub wytwarzamy w procesach metabolizmu. I tak jak te wytwarzane przez nas raczej są na stałym poziomie, tak tych które dostarczamy niestety jest coraz więcej.  Mimo tego, ze nasz organizm ma ogromne zdolności regeneracyjne i zdrowa wątroba potrafi zaskakiwać swoją wydolnością i prędkością reakcji, to jednak w nawale zanieczyszczeń, alkoholu,  stresu niewiele tych organów ma zapewniony komfort pracy. Niestety uszkodzenia wątroby i długotrwałe jej niszczenie powoduje utratę zdolności regeneracyjnych aż do kompletnego ich zaniku, tak więc warto zadbać o nią a ostropest jest zdecydowanie najlepszym partnerem nie tylko w profilaktyce ale również leczeniu.

Ostropest zalecany jest przy wielu poważnych schorzeniach nie tylko jako wspomaganie leczenia ale wręcz jako metoda.  Stymuluje regenerację, działa osłonowo i przyśpiesza wydalanie toksyn z organizmu. To wszystko powoduje, że wątroba ma zdecydowanie korzystniejsze warunki na powrót do sił i zdrowia.  Jest wskazana miedzy innymi przy

  • stanach rekonwalescencji po uszkodzeniach różnej natury:  długotrwałe kuracje antybiotykowe, nadużywanie alkoholu, chemioterapia, zatrucia miedzy innymi grzybami;
  • zaburzeniach czynności wątroby na skutek złej diety oraz na tle cukrzycowym;
  • wirusowym zapaleniu wątroby typu C, (nie jest to lek, ale ma silne działanie wspomagające), zapaleniu dróg żółciowych i woreczka żółciowego;
  • kamicy żółciowej (profilaktycznie i leczniczo);
  • do ochrony wątroby u osób z chorobą alkoholową i u przechodzących leczenie odwykowe;
  • chemioterapii (zmniejsza uszkodzenia wątroby) oraz wspomaga rekonwalescencję, przyśpieszając usuwanie substancji toksycznych odkładających się w organizmie;
  • profilaktyce chorób zwyrodnieniowych wątroby;
  • marskości wątroby i zwyrodnieniu tłuszczowemu wątroby;
  • zaburzeniach w wydzielaniu żółci, niedokwaśności soku żołądkowego, braku łaknienia, wzdęciach i odbijaniu;
  • chroni miąższ wątroby i nerek przed niszczącym działaniem trucizn
  • powstrzymaniu krwawień: z nosa, jelita grubego, żylaków odbytu, niektórych krwawieniach macicznych oraz przy przedłużonym miesiączkowaniu;
  • bólach głowy typu migrenowego, obniżonym ciśnieniu krwi oraz skłonności do choroby morskiej i lokomocyjnej;
  • wodobrzuszu i opuchliźnie kostek;
  • podwyższonym cholesterolu;
  • profilaktyce przeciwmiażdżycowej (szczególnie wskazane dla osób będących w grupie ryzyka);
  • problemach ze snem.

Podsumowując:  silne działanie detoksykujące da się odczuć nie tylko w tym jednym, jakże ważnym organie, ale również w innych sferach. Zanikające plamy, przebarwienia, poprawa kondycji włosów, stawów, skóry to wszystko efekt uboczny odtoksycznienia organizmu. Uboczny, ale jakże przyjemny.

Piątkowa garść przepisów.

Tak. Pamiętam.

Zacznę zatem od mojego ostatniego wynalazku.

Jako, że moja starsza córa nagminnie wyjadała koniczynę (taką ledwie namoczoną) postanowiłam potestować tę wersje nasion i oto co odkryłam:

Koniczyna owszem i smaczna jest, ale drobna zatem irytująca bardziej niż sezam. Ale jeśli lubicie drobnicę to polecam: jako posypka, jako przekąska, no i do zdobień wszelkiej maści. tak jak sezamem można fajnie się bawić na zasadzie black/white, to koniczyna dodaje nowy melanż.

Rzeżucha. Ma co prawda fajny smak, ale lepiej ją zmielić jeśli chce się wykorzystać, bo inaczej robi się nieco oślizgła. Nie tak jak len, ale jednak. Zresztą z tego samego powodu len warto zmielić, no chyba że się len namoczony lubi, to rzeżucha nie będzie przeszkadzać.

No i mój faworyt: rzodkiewka

Nie jest ostra ale ma swój smak. wystarczająco duża by sobie podjadać ale nie na tyle,  by się zapchać. Świetna jako dodatek do sałatek, obiadów, farszu na gołąbki czy wszelkich innych miejsc gdzie się zmieści. W sensie ‚zmieści smakowo” bo rozmiarowo to chyba wszędzie da się wcisnąć.

Zatem choć dziś konkretnego przepisu nie dałam, to jest to jakaś inspiracja kulinarna.

Jeśli przetestujecie to podzielcie się swymi eksperymentami.

Smacznego

Kilka odpowiedzi odnośnie nasion.

Często padają pytania o pochodzenie nasion. Również i o to, dlaczego w sklepie nie ma o tym informacji. Pytano też nie raz czy nie są zaprawiane czy też modyfikowane, zatem w tym wpisie chcę na to wszystko odpowiedzieć, bo to wazne pytania a i odpowiedzi są istotne.

Zacznę od sklepu:

Nie ma tej informacji, bo jej nie wpisałam jeszcze.  To znaczy, wciąż w zamyśle jest napisanie opisów od nowa i dodanie kilku danych, ale w natłoku zamówień i innej pracy, wciąż jednak odkładam tę część na później. A nie jest to niuans, bo czasem nasiona są z różnych miejsc i w zależności od partii różne może być miejsce pochodzenia. Dajmy na to soja, która bywa z Chin i z Meksyku. No ale te informacje zostaną spisane na pewno.

Zaprawianie:

Żadne z naszych nasion nie jest zaprawiane. Dlaczego? Bo promujemy zdrowe jedzenie a sztuczne dodatki nie są tu mile widziane.  Niektórzy, aby oszczędzić parę złotych kupują zwykłe nasiona pod wysiew. One najpewniej też wykiełkują jak należy, ale one są zaprawiane, bowiem rolnikowi zależy na dorosłej roślinie a nie na kiełku. I tak jak dla dojrzałego powiedzmy zboża ów zaprawa nie ma aż takich wielkich skutków ubocznych, tak w przypadku kiełków jest po prostu trucizną. Zatem chyba oczywistym jest, że nasz sklep prowadzi wyłącznie niezaprawiane nasiona.

GMO:

Kolejna istotna sprawa. Żywność modyfikowana genetycznie jest coraz bardziej powszechna i mimo sporego sprzeciwu społecznego, wciąż ma zielone światło w pewnych sferach a o zielone w innych zabiega. U nas GMO ma światło czerwone. Nie prowadzimy sprzedaży nasion modyfikowanych i nawet te nasiona, które pochodzą z Chin są wolne od GMO.

Chiny:

Tak, zdarzają się nam nasiona z Chin. Dla wielu osób ta informacja może nie mieć znaczenia, ale są osoby kto których jest bardzo istotna.  Jednak już śpieszę z informacjami wyjaśniającymi tę kwestię.

Wspomniana wcześniej soja często pochodzi z Chin, podobnie z fasolą mung, jednak wbrew powszechnym opiniom nie cena tutaj jest czynnikiem decydującym ale siła kiełkowania. W polskich warunkach również można wyhodować te rośliny, jednak nasze warunki są dalece odmienne i nasiona takie nie nadają się potem do sprzedaży jako nasiona do kiełkowania. Jedynym rozwiązaniem jest szukanie źródeł, które dadzą nasiona odpowiedniej jakości, zdrowe a najlepsze są w tej materii możliwie najbardziej naturalne tereny. To powoduje, że

Tak więc jeśli czynnik etyczny jest dominujący to uprzedzamy lojalnie, iż niektóre z nasion mają chińskie pochodzenie, jednak jest to w pełni uzasadnione, zaś nasiona są zdrowe, czyste i wolne od GMO.

Jeśli mamy możliwość nabyć nasiona spełniające nasze wymagania (czyli zdrowe, niezaprawiane, wolne od GMO i z bardzo dużą siłą kiełkowania)  z Polski to korzystamy z polskich źródeł. Nie zawsze jest jednak taka możliwość. Podobnie z nasionami ekologicznymi. Jeśli pojawia się możliwość wprowadzenia do sklepu nasion certyfikowanych to jeśli tylko przejdą przez testy to z radością wprowadzamy je do sprzedaży. Jednak wymagania nasionom stawiamy wysokie, więc nie wszystkie testy przechodzą.

Pojawiają się czasem pytania o konkretne gatunki. I tu już bywa to szczególnie kłopotliwe. Co prawda w niektórych przypadkach nie, bo tylko jeden gatunek mamy dostępny, ale często jest tak, że gatunek powiedzmy jęczmienia zależny będzie od tego w jakim okresie był zamawiany. Co prawda w przypadku kiełkowania  nie czyni to różnicy, ale jeśli ktoś szuka nasion na trawę lub po d wysiew to kwestia gatunku bywa kluczową. W tej jednak kwestii lepiej dopytywać, bo naprawdę różnie być może.

No i chyba napisałam co miałam napisać a jeśli czegoś zabrakło to proszę przypomnieć a dopiszę na pewno.

Garść przepisów – SOJA raz jeszcze

No to dziś soja, ale jako ziarno. Wszak nie tylko mleko sojowe czy pasty z niej można robić, ale i samą w sobie przygotowywać na różne sposoby. To strączek, zatem myśląc o soi w kuchni można myśleć analogicznie do fasolek. Suszona, smażona, przecierana, mielona, do farszów, makaronów czy sosów. Naprawdę jest sporo możliwości.

Poniżej kilka przepisów z pychotka.pl

Zapiekany kalafior z soją

Składniki:
• 1 kalafior
• pół szklanki nasion soi
• 50g żółtego sera
• 1/2 szkl. śmietany
• 2 jajka
• 1 łyżka masła
• koperek
• sól, cukier, pieprz do smaku

Sposób przyrządzenia:
Moczone dzień wcześniej w solonej wodzie, napęczniałe nasiona soi gotujemy do miękkości (nie rozgotować).
Kalafior oczyścić opłukać. Następnie włożyć do wrzącej osolonej wody z dodatkiem cukru, ugotować. Po ugotowaniu wyjąć podzielić na cząstki, ułożyć w naczyniu żaroodoprnym wysmarowanym wcześniej masłem, posypać ugotowaną soją, zalać wszystko  śmietaną wymieszaną z jajkiem  i pokrojonym koperkiem , na wierzchu posypać startym żółtym serem. Zapiec.


przepis zamieszczony przez julias

Sałatka sojowa Magdy

Składniki:
• 6 łyżek ugotowanego ziarna soi
• 1 żółtka papryka
• 4 łodygi selera naciowego
• koper
• natka pietruszki
• 2 pomidory
• sól
• pieprz
• 2 łyżki majonezu

Sposób wykonania:
Soję namoczyć na noc w przegotowanej wodzie, rano ugotować. Paprykę, seler i pomidory pokroić w kostkę. Dodać sól i pieprz do smaku. Posypać koperkiem, pietruszką i wymieszać z soją. Na koniec dodać majonez i ponownie wymieszać.


przepis zamieszczony przez Magdę

Sojowe kulki

Składniki:
• bułka 1/2 szt
• sól  według uznania
• soja gotowana 250 g
• cebula 1,2 szt
• curry 1/2 łyżki
• jajka 2 szt
• pieprz czarny 1 według uznania
• olej 1 do smażenia

Sposób przyrządzenia:
Soję wymieszać z wcześniej namoczoną bułką, jajkami, podsmażoną cebulą. Przyprawić solą, pieprzem i curry. Formować kulki, smażyć na głębokim oleju. Podawać z kiszoną kapustą.

przepis zamieszczony przez Katarzynę

Tak więc jak widać możliwości są.  A jutro nieco o tofu.

Smacznego

Garść przepisów – SOJA

Tak więc dziś o tym, co dobrego z soi. Zacznę zatem od dwóch najbardziej chyba popularnych rzeczy z soi. Mleko sojowe i tofu. Oczywiście można takie nabyć, ale można i samemu zrobić. Do robienia mleka sojowego są specjalne urządzenia, ale nie każdy takowe posiada a niezbędne nie są, choć zdecydowanie ułatwiają sprawę.

Na „Zrób i schrup” znalazłam przepis na mleko sojowe, koktajl na tym mleku oraz kotleciki z okary. Wszystko tutaj zamieszczam

MLEKO SOJOWE

SKŁADNIKI:

1 szklanka soi

2 szklanki wody do namoczenia soi

2-3 szklani wody do zmiksowania

1 litr wrzątku

sól i cukier

oraz woda do podlewania gotującej się masy

Soje zalewamy 2 szklankami wody zostawiamy na noc żeby napęczniała.

Rano odlewamy wodę a soje i przepłukujemy pod bieżącą wodą,

teraz przesypujemy do blendera i zalewamy 2 szklankami wody, miksujemy ,

jeżeli masa sjest bardzo gęsta można dolać jeszcze pół do szklanki wody.

Teraz w sporym garnku (to bardzo ważne, bo soja bardzo kipi) zagotowujemy

wodę 1 litr i wlewamy zmiksowana masę gotujemy, co jakiś czas mieszając

dodać szczyptę soli i z łyżkę cukru zależy od upodobań. Gdy soja zaczyna

kipieć należy podlać ja cienkim strumieniem wody po kilku kipieniach

zdejmujemy z ognia i przelewamy przez bardzo gęste sitko.

Odsączony płyn to gotowe mleko sojowe:)

Koktajl jest zdecydowanie mniej skomplikowany:

KOKTAJL SOJOWO-OWOCOWY

Z  mleka sojowego zrobiłam koktajl na 2 szklanki mleka, 1 bana 1 brzoskwinia

wyszedł bardzo delikatny, ale pozostała nam 1 porcja w szklance

po około goło godzinie się rozwarstwiła wiec należy pić go jak

najszybciej po przyrządzeniu.

Oczywiście kwestia gustu jakie owoce się doda, wszak z jagodami, malinami czy innymi owocami też smaczny będzie, choć to banan nadaje specyficznej gęstości.

To co pozostało na sitku po zrobieniu mleka z soi to okara i ją też można wykorzystać:

OKARA NA KOTLECIKI SOJOWE

Odsączoną okarę przyprawiamy(w zależności od upodobań ja wole bardziej słone):

solą

pieprzem

dodajemy 2 jaja

dalsze przyprawy to własna inwencja ja dodałam:

koperek

łyżeczkę przyprawy do kurczaka

pół łyżeczki przyprawy do tzatzyków

1/2 szklanki pokruszonych płatków kukurydzianych

Okarę mieszamy z przyprawami dodajemy koperek i jaja teraz wszystko

dokładnie wymieszać i formować małe kulki.

Kuleczki można obtaczać w bułce tartej lub pokruszonych płatkach kukurydzianych.

(i pewnie wielu innych panierkach ale ja na razie wypróbowałam te dwie i wole

bułkę tarta chociaż w płatkach tez dobre)

Kładziemy na rozgrzana patelnie i smażymy na 1-2 łyżkach oliwy po 2-3 minuty

z każdej strony i już kotleciki sojowe gotowe:)

Na stronie puszka.pl też jest przepis na mleko sojowe, o okarze wspominają ale istotniejszym jest przepis na tofu.  Tak wiec i do zapoznania się z tym przepisem zachęcam.

Składniki:

soja – 2 pełne szklanki o pojemności 200 ml
dodatkowo do tofu: sok z 2-3 cytryn
+ w obu przypadkach konieczna jest gaza (do kupienia w aptece)
Mleko sojowe:
Soję namoczyć przez noc. Odcedzić i dodać 2-3 szklanki świeżej wody, całość zmiksować, wyjdzie taka pulpa sojowa. W bardzo dużym garnku zagotować 2,5 litra wody i wtedy dodać sojową pulpę. Uważnie gotować, bo pojawia się piana i trzeba uważać, by nie wykipiała. Kiedy piana się podnosi, polewać ją odrobiną zimnej wody. Powtarzać tę czynność 3-5 razy. Gotować 30-40 minut.

Na durszlaku ułożyć gazę i całość przecedzić. W gazie zostaną wytłoki (tzw. okara), z których można zrobić sojowe kotlety, zaś przecedzony płyn to mleko sojowe.

Tofu:
Wycisnąć sok z 2 cytryn. Zagotować mleko sojowe, wyłączyć ogień i szybko dodać sok z cytryn, lekko zamieszać. Niemal natychmiast zacznie się wytrącać twarożek.

Po ostygnięciu przelać zawartość, podobnie jak w przypadku mleka sojowego, przez durszlak i złożoną, gęstą gazę. Na gazie zostaje serek tofu. Dobrze jest złożyć gazę i przycisnąć ją czymś ciężkim, tak aby wycisnąć resztę płynu, który raczej nie nadaje się do spożycia.

A jutro podam inne przepisy z soją, takie bardziej obiadowe :)

Pszenica

Jako, że poza soją spożywczą w sklepie pojawiła się też spożywcza pszenica to dziś słów kilka o niej.

Zacznę od tego, że pszenicę (i soję też) spożywczą dobieramy pod kątem smaku, a nie pod kątem siły kiełkowania. W praktyce oznacza to, że nasiona te do wysiewu nie nadają się, bo wiele z nich nie wzejdzie.

Ale tak pomijając ten aspekt, pszenica spożywcza ma wszystkie wartości odżywcze tego ziarna. Niestety jest to ziarno niedoceniane pomimo powszechności. Wszak ma pierwsze miejsce w produkcji i przewyższa nawet jęczmień, który przecież był pierwszym ziarnem hodowlanym. Tylko, że jak mówimy o pszenicy to co nam do głowy przychodzi? Mąka? Chleb? Bułki? Makaron? No w niektórych przypadkach pewnie jeszcze kutia. Ale to bliżej grudnia raczej ta koncepcja się przypomina, bo mimo wszystko mało kto używa pszenicy jako ziarna samego w sobie.

Pszenica ma właściwości przeczyszczające i trzeba o tym pamiętać. Zatem zjedzenie większej ilości może zaowocować nieprzyjemnościami, choć z drugiej strony, istnieje też dieta pszeniczna, mająca właśnie organizm przeczyścić ze złogów na jelitach. Kwestia tego, czy chcemy zastosować taki środek.

Ale pomijając aspekt oczyszczający, to pszenica jest zbożem łagodnym w smaku i nie tylko w kutii znaleźć może swoje zastosowanie. Co prawda dla osób z kłopotami wrzodowymi ziarno pszenicy może powodować podrażnienia, jednak dotyczy, to osób o poważnych chorobach wrzodowych przewodu pokarmowego, zatem mniejsze ilości nawet przy tychże dolegliwościach nie powinny zaszkodzić. Warto jednak mieć to na względzie. Szczególnie, że podobnie jak soja zawiera sporo fitoestrogenów co zdecydowanie czyni ją bardzo „kobiecym” ziarnem.

Najcenniejszą odmianą pszenicy jest orkisz, na razie jednak jeszcze nie ma go w naszym sklepie, ale to kwestia czasu.

I tak jak pszenica sama w sobie stosowana była jako środek odmładzający i upiększający, oraz jako wzmocnienie organizmu w okresie osłabienia to orkisz stosowany był jako odżywka dla gladiatorów. A co ciekawe, współczesne badania potwierdzają spostrzeżenia starożytnych. Zatem jeśli nie mamy alergii na gluten to pszenica jest zdecydowanie naszym sprzymierzeńcem i warto ja bliżej poznać.

Do czego można pszenicę wykorzystać to niebawem napiszę w garści przepisów, a wierzcie lub nie, nie tylko przy kutii ma zastosowanie. Do tego już w starożytności ceniona była przez Egipcjanki, dla których gładka skóra była jednym z priorytetów urody. Stosowano ją i zewnętrznie (maseczki i inne kosmetyczne) jak i wewnętrznie (bowiem jadano ją by zachować urodę).

Soja

Soja – nie tylko do kiełkowania, ale po prostu do jedzenia.

Ostatnio sporo o niej, bo nie tylko pełno w sklepach sojowych parówek, serków, śmietan czy innych „nabiałów”, ale również dlatego, że coraz więcej badań wskazuje na cenne właściwości tego ziarna. Rozpowszechniona jako substytut mięsa dla wegetarian, jednak wbrew obiegowej opinii nie występuje w każdym wegetariańskim posiłku. Niemniej wegetarianie dawno docenili jej walory.

Soja to źródło wysokogatunkowego i łatwo przyswajalnego białka. Nie tylko cenna jako substytut białka zwierzęcego, ale sama w sobie bowiem charakteryzuje się wieloma cennymi cechami. Wysoka zawartość fitohormonów łagodzi objawy menopauzy oraz zespołu napięcia przedmiesiączkowego.  Ganisteina działa przeciwnowotworowo i szczególnie korzystnie wpływa na profilaktykę nowotworów kobiecych. Dodatkowo ma działanie przeciwmiażdżycowe, reguluje równowagę cholesterolu, duże ilości antyoksydantów działają odmładzająco, a szeroki wachlarz zastosowań kulinarnych zdecydowanie czyni soję bardzo cennym ziarnem.

Trzeba jednak pamiętać o kilku rzeczach.

Po pierwsze soja jest silnym alergenem, zatem odpada podawanie jej osobom na nią uczulonym. Ale z drugiej strony jest świetnym substytutem mleka czy nabiału dla osób uczulonych na białko mleka.

Po drugie  nie spożywamy soi na surowo. Powinna być poddana obróbce termicznej czy to przez gotowanie czy choćby sparzenie (tak jak w przypadku kiełków).

Po trzecie soja jak i wiele innych strączków zawiera tioglikozydy, które w nadmiarze upośledzają pracę tarczycy. Obróbka termiczna zmniejsza ilość tych substancji, jednak nie eliminuje ich do końca. Choć z drugiej strony mieszkanki Azji, które w swojej diecie mają ogromne ilości soi, nie cechują się wolem tarczycy, które tioglikozydy wywołują.

Tak więc, soja jako surowe ziarno jest niewskazana, jednak poddana gotowaniu, blanszowaniu czy pieczeniu zmienia to ziarno w bardzo cenny dla człowieka produkt spożywczy.  Niezwykłą popularnością cieszą się mleka sojowe, sos sojowy oraz tofu. Można nabyć je gotowe w wielu sklepach, ale można i przygotować samemu. Przepisy niebawem.

I jeszcze jedna uwaga.  Soja jest jednym z pierwszych warzyw na których masowo testowano modyfikacje genetyczne. Warto zatem zwracać uwagę na źródło pochodzenia, bo choć w Polsce jest obowiązek znaczenia żywności modyfikowanej, to jednak trudno znaleźć takowe oznakowania na produktach.  Zdania na temat żywności modyfikowanej genetycznie są różne,  ale ja osobiście nie tylko nie polecam ale wręcz odradzam. Jeśli szukać ziarna (czy jego przetworów) to tylko niemodyfikowanych (a właśnie takie w naszym sklepie można nabyć).