Miesięczne archiwum: Sierpień 2010

Garść przepisów – SOJA raz jeszcze

No to dziś soja, ale jako ziarno. Wszak nie tylko mleko sojowe czy pasty z niej można robić, ale i samą w sobie przygotowywać na różne sposoby. To strączek, zatem myśląc o soi w kuchni można myśleć analogicznie do fasolek. Suszona, smażona, przecierana, mielona, do farszów, makaronów czy sosów. Naprawdę jest sporo możliwości.

Poniżej kilka przepisów z pychotka.pl

Zapiekany kalafior z soją

Składniki:
• 1 kalafior
• pół szklanki nasion soi
• 50g żółtego sera
• 1/2 szkl. śmietany
• 2 jajka
• 1 łyżka masła
• koperek
• sól, cukier, pieprz do smaku

Sposób przyrządzenia:
Moczone dzień wcześniej w solonej wodzie, napęczniałe nasiona soi gotujemy do miękkości (nie rozgotować).
Kalafior oczyścić opłukać. Następnie włożyć do wrzącej osolonej wody z dodatkiem cukru, ugotować. Po ugotowaniu wyjąć podzielić na cząstki, ułożyć w naczyniu żaroodoprnym wysmarowanym wcześniej masłem, posypać ugotowaną soją, zalać wszystko  śmietaną wymieszaną z jajkiem  i pokrojonym koperkiem , na wierzchu posypać startym żółtym serem. Zapiec.


przepis zamieszczony przez julias

Sałatka sojowa Magdy

Składniki:
• 6 łyżek ugotowanego ziarna soi
• 1 żółtka papryka
• 4 łodygi selera naciowego
• koper
• natka pietruszki
• 2 pomidory
• sól
• pieprz
• 2 łyżki majonezu

Sposób wykonania:
Soję namoczyć na noc w przegotowanej wodzie, rano ugotować. Paprykę, seler i pomidory pokroić w kostkę. Dodać sól i pieprz do smaku. Posypać koperkiem, pietruszką i wymieszać z soją. Na koniec dodać majonez i ponownie wymieszać.


przepis zamieszczony przez Magdę

Sojowe kulki

Składniki:
• bułka 1/2 szt
• sól  według uznania
• soja gotowana 250 g
• cebula 1,2 szt
• curry 1/2 łyżki
• jajka 2 szt
• pieprz czarny 1 według uznania
• olej 1 do smażenia

Sposób przyrządzenia:
Soję wymieszać z wcześniej namoczoną bułką, jajkami, podsmażoną cebulą. Przyprawić solą, pieprzem i curry. Formować kulki, smażyć na głębokim oleju. Podawać z kiszoną kapustą.

przepis zamieszczony przez Katarzynę

Tak więc jak widać możliwości są.  A jutro nieco o tofu.

Smacznego

Garść przepisów – SOJA

Tak więc dziś o tym, co dobrego z soi. Zacznę zatem od dwóch najbardziej chyba popularnych rzeczy z soi. Mleko sojowe i tofu. Oczywiście można takie nabyć, ale można i samemu zrobić. Do robienia mleka sojowego są specjalne urządzenia, ale nie każdy takowe posiada a niezbędne nie są, choć zdecydowanie ułatwiają sprawę.

Na „Zrób i schrup” znalazłam przepis na mleko sojowe, koktajl na tym mleku oraz kotleciki z okary. Wszystko tutaj zamieszczam

MLEKO SOJOWE

SKŁADNIKI:

1 szklanka soi

2 szklanki wody do namoczenia soi

2-3 szklani wody do zmiksowania

1 litr wrzątku

sól i cukier

oraz woda do podlewania gotującej się masy

Soje zalewamy 2 szklankami wody zostawiamy na noc żeby napęczniała.

Rano odlewamy wodę a soje i przepłukujemy pod bieżącą wodą,

teraz przesypujemy do blendera i zalewamy 2 szklankami wody, miksujemy ,

jeżeli masa sjest bardzo gęsta można dolać jeszcze pół do szklanki wody.

Teraz w sporym garnku (to bardzo ważne, bo soja bardzo kipi) zagotowujemy

wodę 1 litr i wlewamy zmiksowana masę gotujemy, co jakiś czas mieszając

dodać szczyptę soli i z łyżkę cukru zależy od upodobań. Gdy soja zaczyna

kipieć należy podlać ja cienkim strumieniem wody po kilku kipieniach

zdejmujemy z ognia i przelewamy przez bardzo gęste sitko.

Odsączony płyn to gotowe mleko sojowe:)

Koktajl jest zdecydowanie mniej skomplikowany:

KOKTAJL SOJOWO-OWOCOWY

Z  mleka sojowego zrobiłam koktajl na 2 szklanki mleka, 1 bana 1 brzoskwinia

wyszedł bardzo delikatny, ale pozostała nam 1 porcja w szklance

po około goło godzinie się rozwarstwiła wiec należy pić go jak

najszybciej po przyrządzeniu.

Oczywiście kwestia gustu jakie owoce się doda, wszak z jagodami, malinami czy innymi owocami też smaczny będzie, choć to banan nadaje specyficznej gęstości.

To co pozostało na sitku po zrobieniu mleka z soi to okara i ją też można wykorzystać:

OKARA NA KOTLECIKI SOJOWE

Odsączoną okarę przyprawiamy(w zależności od upodobań ja wole bardziej słone):

solą

pieprzem

dodajemy 2 jaja

dalsze przyprawy to własna inwencja ja dodałam:

koperek

łyżeczkę przyprawy do kurczaka

pół łyżeczki przyprawy do tzatzyków

1/2 szklanki pokruszonych płatków kukurydzianych

Okarę mieszamy z przyprawami dodajemy koperek i jaja teraz wszystko

dokładnie wymieszać i formować małe kulki.

Kuleczki można obtaczać w bułce tartej lub pokruszonych płatkach kukurydzianych.

(i pewnie wielu innych panierkach ale ja na razie wypróbowałam te dwie i wole

bułkę tarta chociaż w płatkach tez dobre)

Kładziemy na rozgrzana patelnie i smażymy na 1-2 łyżkach oliwy po 2-3 minuty

z każdej strony i już kotleciki sojowe gotowe:)

Na stronie puszka.pl też jest przepis na mleko sojowe, o okarze wspominają ale istotniejszym jest przepis na tofu.  Tak wiec i do zapoznania się z tym przepisem zachęcam.

Składniki:

soja – 2 pełne szklanki o pojemności 200 ml
dodatkowo do tofu: sok z 2-3 cytryn
+ w obu przypadkach konieczna jest gaza (do kupienia w aptece)
Mleko sojowe:
Soję namoczyć przez noc. Odcedzić i dodać 2-3 szklanki świeżej wody, całość zmiksować, wyjdzie taka pulpa sojowa. W bardzo dużym garnku zagotować 2,5 litra wody i wtedy dodać sojową pulpę. Uważnie gotować, bo pojawia się piana i trzeba uważać, by nie wykipiała. Kiedy piana się podnosi, polewać ją odrobiną zimnej wody. Powtarzać tę czynność 3-5 razy. Gotować 30-40 minut.

Na durszlaku ułożyć gazę i całość przecedzić. W gazie zostaną wytłoki (tzw. okara), z których można zrobić sojowe kotlety, zaś przecedzony płyn to mleko sojowe.

Tofu:
Wycisnąć sok z 2 cytryn. Zagotować mleko sojowe, wyłączyć ogień i szybko dodać sok z cytryn, lekko zamieszać. Niemal natychmiast zacznie się wytrącać twarożek.

Po ostygnięciu przelać zawartość, podobnie jak w przypadku mleka sojowego, przez durszlak i złożoną, gęstą gazę. Na gazie zostaje serek tofu. Dobrze jest złożyć gazę i przycisnąć ją czymś ciężkim, tak aby wycisnąć resztę płynu, który raczej nie nadaje się do spożycia.

A jutro podam inne przepisy z soją, takie bardziej obiadowe :)

Pszenica

Jako, że poza soją spożywczą w sklepie pojawiła się też spożywcza pszenica to dziś słów kilka o niej.

Zacznę od tego, że pszenicę (i soję też) spożywczą dobieramy pod kątem smaku, a nie pod kątem siły kiełkowania. W praktyce oznacza to, że nasiona te do wysiewu nie nadają się, bo wiele z nich nie wzejdzie.

Ale tak pomijając ten aspekt, pszenica spożywcza ma wszystkie wartości odżywcze tego ziarna. Niestety jest to ziarno niedoceniane pomimo powszechności. Wszak ma pierwsze miejsce w produkcji i przewyższa nawet jęczmień, który przecież był pierwszym ziarnem hodowlanym. Tylko, że jak mówimy o pszenicy to co nam do głowy przychodzi? Mąka? Chleb? Bułki? Makaron? No w niektórych przypadkach pewnie jeszcze kutia. Ale to bliżej grudnia raczej ta koncepcja się przypomina, bo mimo wszystko mało kto używa pszenicy jako ziarna samego w sobie.

Pszenica ma właściwości przeczyszczające i trzeba o tym pamiętać. Zatem zjedzenie większej ilości może zaowocować nieprzyjemnościami, choć z drugiej strony, istnieje też dieta pszeniczna, mająca właśnie organizm przeczyścić ze złogów na jelitach. Kwestia tego, czy chcemy zastosować taki środek.

Ale pomijając aspekt oczyszczający, to pszenica jest zbożem łagodnym w smaku i nie tylko w kutii znaleźć może swoje zastosowanie. Co prawda dla osób z kłopotami wrzodowymi ziarno pszenicy może powodować podrażnienia, jednak dotyczy, to osób o poważnych chorobach wrzodowych przewodu pokarmowego, zatem mniejsze ilości nawet przy tychże dolegliwościach nie powinny zaszkodzić. Warto jednak mieć to na względzie. Szczególnie, że podobnie jak soja zawiera sporo fitoestrogenów co zdecydowanie czyni ją bardzo „kobiecym” ziarnem.

Najcenniejszą odmianą pszenicy jest orkisz, na razie jednak jeszcze nie ma go w naszym sklepie, ale to kwestia czasu.

I tak jak pszenica sama w sobie stosowana była jako środek odmładzający i upiększający, oraz jako wzmocnienie organizmu w okresie osłabienia to orkisz stosowany był jako odżywka dla gladiatorów. A co ciekawe, współczesne badania potwierdzają spostrzeżenia starożytnych. Zatem jeśli nie mamy alergii na gluten to pszenica jest zdecydowanie naszym sprzymierzeńcem i warto ja bliżej poznać.

Do czego można pszenicę wykorzystać to niebawem napiszę w garści przepisów, a wierzcie lub nie, nie tylko przy kutii ma zastosowanie. Do tego już w starożytności ceniona była przez Egipcjanki, dla których gładka skóra była jednym z priorytetów urody. Stosowano ją i zewnętrznie (maseczki i inne kosmetyczne) jak i wewnętrznie (bowiem jadano ją by zachować urodę).

Piątkowa garść przepisów

Jakoś tak chyba zostanie, ze przepisy w piątki wrzucam. Generalnie nie było to planowane, ale jakoś tak samo wyszło. A że dziś się ochłodziło i zachmurzyło to może coś na ciepło tym razem:

Na http://eksperymentalnie.blogspot.com/ znalazłam fajny przepis. Fotka poniżej a zupka nie tylko rozgrzewająca, ale i stanowiąca naprawdę bombę  zdrowia:

Zielone warzywa z wędzonym tofu i czosnkiem
1 porcja
400g mrożonego szpinaku ze śmietaną (lub bez, wtedy sami dodajemy śmietanę lub jogurt naturalny)
garść mrożonego groszku
kilka szparagów, pokrojonych na mniejsze kawałki
posiekany ząbek czosnku
2 ząbki czosnku
sól, pieprz
50 g tofu wędzone
ulubione kiełki
ewentualnie jogurt naturalny lub śmietana
posiekany zielony szczypiorek
odrobina oliwy
Na patelni rozgrzać oliwę i wrzucić czosnek. Chwilę podsmażać na małym ogniu po czym dodać mrożony szpinak. Szparagi i groszek zalać wrzątkiem i odstawić (można gotować, ale nie jest konieczne). Tofu pokroić w kostkę.
Gdy szpinak się rozmrozi dodać śmietanę/jogurt naturalny, a następnie pozostałe składniki. Zdjąć z ognia, wymieszać i doprawić do smaku solą i pieprzem. Przełożyć do miseczki i posypać kiełkami.

W przepisie napisano „ulubione kiełki” i zdecydowanie w tym zestawieniu to waśnie nasz gust doda zupie finalnego smaku, bo od nas zależy czy będzie to słodka pszenica, ostra gorczyca czy aromatyczna kozieradka :)

No ale jeśli na zupę ochoty nie mamy to może makaron?  Już przy słoneczniku przepis podobny dawałam, ale teraz nieco inna wersja i ze zdjęciem. Znalezione na tym samym blogu, bo co jak co, ale sporo ciekawych smaczności znaleźć tam można. Od razu uprzedzam wegetarian – autorka nie jest wege, zatem czasem należy te przepisy dostosować do wegetariańskich potrzeb. Jak choćby w poniższym przykładzie, gdzie autorka używa sosu z ostryg, no ale bez straty dla potrawy można z niego zrezygnować lub zastąpić inną marynatą.

Makaron soba z tofu i sezamem
- 70 g makaronu soba
- 50 g tofu twardego
- sos sojowy, sos ostrygowy
- olej sezamowy
- łyżeczka uprażonego ziarna sezamowego
- kiełki, u mnie czerwonej kalarepy
- ewentualnie grzyby mun
- pieprz
Tofu pokroić na mniejsze kawałki, np. na trójkąty i marynować min. godzinę w mieszance sosu sojowego i ostrygowego.
Makaron przygotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu. W czasie gotowania makaronu, tofu zrumienić na patelni (ja na teflonie) i pod koniec smażenia (jak będzie miało chrupiący wierzch) polać marynatą.
Makaron odcedzić, przełożyć do miseczki i wymieszać z pieprzem, odrobiną oleju sezamowego i sezamem. Dodać tofu, kiełki i ewentualnie ugotowane grzybki mun.

No i na koniec coś co ostatnio jadłam. Nie ja robiłam, ale smaczne było i było mało.  Ogólnie stanowiło to przemiłe i przesmaczne zaskoczenie zatem jeśli lubicie bób i ciecierzycę to polecam

Smażone kiełki ciecierzycy i bób

kiełki przygotowane wcześniej i podgotowane na parze

bób również ugotowany

nieco oleju

przyprawy

i teraz wystarczy bób i ciecierzycę wrzucić na rozgrzany olej, posolić (jeśli ktoś lubi to jeszcze inne przyprawy dodać) i podsmażyć tak, by nie wyschły za bardzo.

Smacznego :)


Jęczmień

Zatem wracając do jęczmienia… Za dużo o nim nie napiszę, bo jak już wspominałam, nie kiełkowałam go jeszcze.  Na pewno zboże, na pewno podstawowe i na pewno trzeba blanszować przed spożyciem. To znaczy jak ktoś nie chce to nie musi, ale inkubacja jest wskazana a pisałam o tym tu

Z tego co zdążyłam wyczytać, kiełki jęczmienia nie są zalecane dla osób z chorobami wrzodowymi przewodu pokarmowego, bo mogą powodować podrażnienia. To znaczy nic się nie powinno stać jak kilka się na talerzu zaplącze, ale jednak warto to wiedzieć by sobie, lub innym nieprzyjemnych niespodzianek nie robić. Tak poza tym jednym „ale” jęczmień ma naprawdę wiele zalet.

To jedno z najstarszych zbóż, jego hodowlę datuje się na VII tysiaclecie p.n.e.,  występuje w całej strefie umiarkowanej półkuli północnej i w Ameryce południowej, z niego produkuje się słód, zaś Egipcjanie warzyli sobie z niego piwo i piekli chleb. Co ważne ;) słód z niego wytwarzany jest niezbędny przy produkcji piwa i najszlachetniejszych rodzajów whisky. Ogólnie to bardzo cenne i powszechnie stosowane zboże, choć mało kto docenia jego wartość w dniu dzisiejszym. Szczególnie, że współcześnie rynek zbożowy zdominowała pszenica.

Jęczmień jest bogatym źródłem białek, witamin: B1, B2, B6, C, kwasu foliowego i β-karotenu, a także minerałów, przede wszystkim potasu, wapnia, magnezu, żelaza, miedzi i fosforu ale to wiemy już z tabelki. Co ważne, nie zawiera glutenu. To powoduje, ze piekarze uważają, iż nie nadaje się dopieczenia chleba, choć Egipcjanie mieli inne zdanie na ten temat. Choć z drugiej strony egipski chleb tamtych dawnych czasów był bardziej plackiem niż chlebem w naszym rozumieniu.

W każdym bądź razie kiełki jęczmienia mają wielką wartość i są ciekawym produktem, mnie jedynie ciekawi jak smakują. Ale o tym pewnie za jakiś czas napiszę, choć zawsze lepiej samemu spróbować niż czytać o tym, prawda? Jeśli ktoś już próbował, czekam na recenzje :)

Hodowla w słoiku

Zatem czas na pozornie najbardziej skomplikowaną metodę. Pozornie, bo w gruncie rzeczy jest banalna a potrzebne rzeczy chyba w każdym domu się znajdą.

Przede wszystkim potrzebny jest słoik. A co ciekawe znalazłam właśnie informacje, że na Allegro bywają gotowe słoiki do kiełkowania a wyglądają tak:

Już na zdjęciu widać, że sprawa prosta. Najtrudniejsze jest chyba utrzymanie tego słoika pod kątem. Co prawda przy tym kupnym słoiku jest stosowna podpórka, jednak samemu przystosowując słoik raczej mało kto takowe konstruuje. Generalnie to chyba pozwolę sobie nie powtarzać tych samych treści a jedynie umieszczę zdjęcia i linki. Moim zdaniem same zdjęcia wiele mówią o sposobie hodowli, zaś w linkach, autorzy wypowiedzi podzielili się swoimi sposobami. A generalnie idea ta sama, choć nieco różne rozwiązania.

Na przykład tutaj:

http://bez-chemii.blogspot.com/2010/03/kielki-i-kielkowanie-w-sloiku.html

ładnie pokazane jest, że wystarczy wyciąć otwór w wieczku od słoika i już mamy naprawdę stabilne mocowanie dla gazy.

Jest to o tyle istotne, że po pierwsze nasiona muszą mieć ujście dla nadmiaru wody, po drugie potrzebują wentylacji a po trzecie potrzeba zadbać by nie wypadły.  Bo przecież słoik potem ustawiamy do góry dnem. No prawie. Bo powinien być ustawiony pod katem, tak by woda swobodnie wyciekała, ale też by był dostęp powietrza a kiełki nie tkwiły w tej odciekającej wodzie.  Tak wiec poniżej dwa zdjęcia tym razem z bloga:

http://wegetarianka.blox.pl/2010/03/KIELKI.html

I tutaj doskonale widać, że nie ma najmniejszej potrzeby kupować gotowców. Słoik, miska i gaza wystarczą.

Co do opisu hodowli to polecam ten link:   http://puszka.pl/txt/kielki-opis.jsp

Chociaż jak możecie zauważyć na zdjęciach, słoiki mogą być większe niż zalecany 0,33, wstawić je można do miski a nie do drugiego słoika, można wycinać otwory w zakrętkach a można po prostu obwiązywać gazą, można ustawiac pod katem a można kontruować podpórki, ale wszystko to są niuanse i każdy sam sobie odbiera która opcja jest mu najwygodniejsza. Bo przecież chodzi właśnie o to, by mieć w doomu własną hodowlę, która bedzie nie tylko smaczna, ale i łatwa w ogarnieciu i utrzymaniu.

Smacznego :)

Hodowla na sitku, ligninie i gazie

Te trzy sposoby wrzuciłam w jeden worek. Powód prosty, są dość do siebie podobne. Szczególnie sitko i gaza.

Ogólnie to hodowanie na ligninie i gazie znamy jeszcze ze szkoły. Na wiosnę pierwszaki często wysiewają rzeżuchę na ligninie właśnie, zaś w późniejszych klasach na gazie kiełkuje się fasolę. Ale taka zwykłą, nie do zjedzenia. ot obserwacja biologiczna.

Znowu podeprę się już istniejącymi zdjęciami a pochodzą one ze stron:  www.kielki.info,   zajadamy.blox.pl oraz  www.zyciebezglutenu.pl

Dziwnie mi pisać o ligninie, bo mam wrażenie, że każdy to zna. Jednak doświadczenie mi mówi, że owe „każdy” bywa często mylne. Zdjęcie już samo wiele mówi o tej metodzie. Ot talerzyk, na nim ułożona wata lub lignina a na wierzch wysypane, wcześniej namoczone ziarna. W niemal każdym polskim domu jest to znany, choćby przez wzgląd na kiełkowanie rzeżuchy na Wielkanoc.

Metoda ta ma jedną wybitna zaletę – można naprawdę pięknie ozdobić nią stół. Jeśli ligniną obłożymy na przykład miskę, ale tę część wypukłą, to jeśli tylko upilnujemy właściwego nawodnienia uzyskamy śliczną zielona półkulę, lub inny kształt. Oczywiście im bardziej skomplikowany kształt tym trudniej o równomierne nawodnienie, ale to już indywidualne ambicje się kłaniają. W każdym razie z kiełkującej rzeżuchy można zrobić cuda. Z innych drobnoziarnistych również, ale trzeba pamiętać, że na przykład kozieradka bardzo intensywnie pachnie i nie każdemu może to odpowiadać, zaś gorczyca wydziela bardzo dużo śluzu, więc lignina nie nadaje się do jej hodowli.

W przypadku hodowli na gazie jest nieco inaczej. Na pewno nie damy rady uzyskać jakiś wymyślnych kształtów ale zdecydowanie przy odpowiednio ładnym pojemniku na wodę takie kiełkujące roślinki tez mogą stół ozdobić. Całkiem jak wazonik z pysznymi kwiatkami. Plus tej metody jest taki, że łatwiej kiełki przepłukać, zatem nawet te śluzujące można tak hodować. Należy tylko pamiętać, ze podobnie jak przy ligninie, raczej zjadamy siewkę jeśli kiełkujemy drobnoziarniste. Wynika to z faktu, ze drobne korzonki wrastają w gazę by sięgnąć wody i łatwiej nam siewkę podciąć niż wyłuskać całość z gazy.  Oczywiście, w przypadku większych nasion jest to mniej problematyczne, zatem to dobra metoda na to, by podkiełkować na przykład ciecierzycę czy słonecznik.

Do tej metody potrzebujemy poza gazą, pojemnik na którym ją zamontujemy. Ważne by umocować dało się w miarę stabilnie tak by gaza nie zsuwała się (stąd słoiki często są dobrym rozwiązaniem. Przynajmniej przy mniejszej ilości kiełków). w pojemniku  ma się znajdować woda. na tyle blisko by nasiona czuły wilgoć,ale na tyle daleko by nie pływały w niej.  Wtedy namoczone ówcześnie nasiono samo zaczyna szukać wody i kiełkuje przebijając się najczęściej przez gazę.

Hodowla na sitku jest właściwie tożsama z metodą hodowania na gazie. Różnica tylko taka, że z sitka łatwiej wyłuskać korzonki i nie trzeba go wyrzucać po skiełkowaniu rośliny.  No jeszcze jedna różnica – sitka najczęściej są półokrągłe zatem nasiona mają mocno nierównomierny dostęp do wody, ale  plusem jest to, że zdecydowanie łatwiej jest nasiona płukać. Zatem jeśli chcemy kiełkować soje czy gorczycę jest to świetny sposób.

Sama metoda jest chyba zrozumiała. Woda w pojemniku pod sitkiem, namoczone ziarna na sitku i regularnie płuczemy a potem zostawiamy nad wodą. Zdecydowanie najłatwiej przy tej metodzie płukać, wiec polecam do śluzowatych nasion.  trzeba tylko pamiętać, ze przy upałach woda szybko paruje i po prostu trzeba pilnować jej poziomu.

a jutro o efektywniejszym zastosowaniu słoików. Choć przyznaję – będę posiłkować się zdjęciami innych ;)

Hodowka w woreczku

To chyba moja ulubiona forma. Ma w sobie jakiś niewymowny wdzięk.  Przynajmniej dla mnie. Może nieco dlatego, ze kojarzy mi się z taką kuchnią pełną ziół prosto z łąki? z suszoną miętą wiszącą na ścianie?  Tak może nieco romantycznie i mocno niewspółcześnie ale niewątpliwie z klimatem i smakiem. Zresztą zobaczcie zdjęcia.

Jak dla mnie, taki wiszący woreczek ma naprawdę niemały urok i może być nie tylko praktycznym sposobem na zdrowe jedzenie w domu ale też naprawdę ciekawą ozdobą.  Szczególnie, ze wykonanie go jest proste, zaś obsługa jeszcze łatwiejsza.

(zdjęcie zapożyczone z www.kielki.info – dziękujemy)

Wykonanie takiego woreczka nie jest trudne.  Gorzej jeśli mamy ochotę go ładnie ozdobić, ale to już tylko inwencja własna się kłania. Hmmm, właściwie to fajna koncepcja na konkurs, ale o tym kiedy indziej ;)

Woreczki lniane lub konopne uszyć można według najprostszych wzorów.  Ot, zszyć prostokąt, przeszyć by było miejsce na sznurek i gotowe. Na allegro widziałam gotowe woreczki, ale nylonowe a tym brakuje wiele tak do uroku jak i naturalności, ale co kto lubi.

A co do samej hodowli:

Najczęściej kiełkuje się w workach zboża i strączki. Jest w nich doskonała wentylacja a nadmiar wody na pewno odcieknie. Metoda też niezastąpiona przy hodowli kiełków, które lubią śluzem obrastać tak wiec soi czy gorczycy. Poza woreczkiem potrzebujemy tylko miejsce w którym można odwiesić no i miejsce w które woda będzie ściekać. A tu opcji może być dużo, ot wystarczy odłożyć na durszlaku czy też na suszarce do naczyń albo bezpośrednio powiesić na kranie nad zlewem.  Ale proszę się nie niepokoić, to nie jest stałe miejsce dla woreczka a tylko na kilka minut dziennie.

Metoda jest banalnie prosta. Nasiona moczymy jak przy każdej innej metodzie. Potem je wkładamy do woreczka i dwa razy dziennie ów woreczek pełen nasion moczymy w letniej wodzie tak by się śluzy wypłukały a nasiona nawodniły. Potem woreczek odwieszamy, by nadmiar wody odciekł, a trwa to minutę może trzy. Tak więc jak widać pracy przy kiełkach niewiele, żadnych straszliwych wynalazków nie trzeba szukać i o kilku dniach możemy się cieszyć z pysznej przekąski.

Hodowla kiełków

No to ten tydzień będzie pod znakiem hodowania.  Sposobów jest sporo, ale nie wszystkie są równie dobre. I nawet nie to, ze są jakieś kiepskie, ale po prostu różne nasiona różne warunki lubią. No ale jest wyjątek. jest jeden rodzaj hodowli, paradoksalnie najbardziej popularny, a którego kiełki nie lubią.  Pewnie wszyscy kiełkujacy znają te okrągłe, plastykowe kiełkowniki, dostępne powszechnie tak w internetowych sklepach jak i w normalnych.

Generalnie zacznę od tej metody, by potem wyjaśnić, dlaczego inne są lepsze. Tak, wiem, może i dziwnie to brzmi, ale zdecydowanie to jest dobry początek.

zdjęcie dla tych, którzy jeszcze nie wiedza o jakiej kiełkownicy mowa.  Zdecydowanie jest to najpopularniejsza forma hodowli, jednak ma więcej wad niż zalet. Co prawda wiele można poczytać o jej zaletach, jednak jak się zapoznać z tematem to wad jest więcej. Będę posiłkowała się notką o zaletach, jednak napiszę o nich swoje zdanie.

No ale po kolei:

1-przykrywka – wg informacji: gwarantuje stabilny, wilgotny klimat także przy wahaniach temperatury

cóż, pewnie i gwarantuje, ale jest jeszcze coś. po pierwsze kiełkujemy raczej w domach a w domach zazwyczaj mamy stałą temperaturę. Wilgotny klimat jest niezbędny przy hodowli kiełków, jednak jej nadmiar powoduje pleśnienie, niezbędna też jest odpowiednia wentylacja a w przypadku tego plastikowego wynalazku roślina po prostu zaparza się w nadmiernej wilgoci i temperaturze. kiełki wzrosną, i owszem, jednak nie tak dorodne jakby mogły

2-szalki – wg informacji: trzy duże szalki, w których można poddać jednocześnie kiełkowaniu kilka gatunków, lub można wysiewać sukcesywnie.

niewątpliwie można, ale przecież w każdej innej hodowli też można. mało tego, można dobrać różne metody hodowli lepsze dla danych nasion i zamiast zaparzania w trzech szalkach można na przykład strączki hodować w woreczku a rzeżuchę na ligninie.  Zresztą wiele kiełków i tak można łączyć a nawet czasem jest to wskazane. Na przykład warto do hodowli dorzucić nasiona rzodkiewki, bowiem redukują one ryzyko zapleśnienia hodowli. Zatem „zaleta” szalek nie jest żadną zaletą.

3-czerwone syfony odpływowe – wg informacji: zapewniają równomierny odpływ wody i regulują wilgotność

no i tu jest pies pogrzebany, bo nie zapewniają. syfony zapychają się, woda stoi, nie jest odprowadzana, wilgotność jest za wysoka i hodowla pleśnieje zamiast wzrastać.  sama idea może i była niegłupia, ale technicznie syfony po prostu nie dają rady. Wystarczy ze się zapomnimy, wody dolejemy ale nie sprawdzimy czy obciekła i już mamy po hodowli.

4 -wentylatory – wg informacji służą odprowadzaniu gazów

no i niestety nawet jeśli są to nie spełniają swojej funkcji a przynajmniej nie tak jak powinny. Przy procesie kiełkowania zachodzą przemiany, których efektem jest spore wydzielanie gazów i jeśli nie ma odpowiedniej wentylacji to uprawa jeśli nie zepsuje się to przynajmniej zmarnieje. Te same nasiona kiełkowane w innych warunkach dają po prostu lepsze plony. co jak co, ale jeśli kiełkujemy nasiona a po podniesieniu przykrywy dochodzą nas nieprzyjemne zapachy to zdecydowany znak, iż coś tu nie działa.

5-zbiornik wody – wg informacji po nawodnieniu nadmiar wody gromadzi się w zbiorniku zaś woda jest idealna do podlewania kwiatów.

no i ta informacja mogła by być prawdziwa gdyby nie to, że punkty 3 i 4 nie działają. zresztą niezależnie od metody kiełkowania zawsze  stosujemy jakiś pojemnik do zebrania obciekającej wody, lub utrzymania jej.

Tak wiec w sumie w okrągłych kiełkownikach co prawda uprawa nam najpewniej wzrośnie, ale nie będzie tak ładna jak obiecują producenci kiełkownika, spora część uprawy będzie pleśnieć lub gnić, zaś pracy będziemy mieli wcale nie mniej, bo trzeba nam i tak pilnować o odlaniu nadmiaru wody, przewietrzeniu roślinek i regularnym płukaniu.

no ale jeśli mamy takowy kiełkownik (tak, ja takowy mam, dostałam w spadku po koleżance, która zraziła się do kiełkowania, bo nie dawała rady a miała dość pleśnienia i gnicia) to też można go wykorzystać.

po pierwsze wyrzucamy syfony. to porażka a nie wynalazek zatem niech nie mami.

po drugie w każdej szalce robimy po kilka dziurek.

i teraz namoczone nasiona układamy sobie w szalkach, na pewno nie będzie nadmiaru wody zatem gnicie już nam nie grozi, jednak pleśnienie i owszem. zatem nieco rzodkiewki w oprawę i będzie lepiej. Dbamy o to by nasiona nie wyschły i by była wilgotność zachowana. w przypadku drobnicy można po prostu zraszać spryskiwaczem, większe nasiona po prostu przepłukać. Ilość płukań zależna powinna być od gatunku, bo soję czy gorczycę trzeba płukać zdecydowanie częściej niż na przykład ciecierzycę.

tak wiec jeśli planujecie kupić kiełkownicę to ja zdecydowanie odradzam. metoda słoikowa czy workowa jest zdecydowanie lepsza a i nie ponosimy żadnych dodatkowych kosztów a łatwo zrobić samemu. jeśli jednak posiadamy taki wynalazek,to już Wam pozostawiam decyzję czy dalej walczyć z syfonami czy po prostu je wywalić :)

a od jutra o innych metodach :)